Cytaty
Po raz pierwszy męczy mnie, że jestem sam. Chciałbym komuś opowiedzieć, co się ze mną dzieje, nim nie będzie za późno, zanim nie zaczną się mnie bać mali chłopcy.
Kochamy się na prawach wzajemności. Jej to sprawia przyjemność (potrzebuje co dzień mężczyzny i ma jeszcze wielu innych poza mną), ja zaś oczyszczam się w ten sposób z pewnej melancholii, której przyczyna jest mi aż za dobrze znana.
A może chodzi o to, że żyję samotnie? Ludzie mający towarzystwo przywykli widzieć się w lustrze takimi, jakimi widzą ich przyjaciele. Nie mam przyjaciół: czy dlatego moja skóra jest taka naga? Można by powiedzieć – tak, można by powiedzieć, że to natura bez ludzi.
Myślałem o samobójstwie. Powstrzymywało mnie tylko to, że nikt, absolutnie nikt nie wzruszy się moją śmiercią, że w śmierci będę jeszcze bardziej samotny niż w życiu.
Marzyłem niejasno o zgładzeniu siebie, aby unicestwić jedno przynajmniej z tych przesadnych istnień. Ale nawet moja śmierć byłaby zbyteczna. Mój zbyteczny trup, moja krew na tych kamieniach, pomiędzy tymi roślinami, w głębi tego uśmiechniętego parku. A wyżarta skóra byłaby zbyteczna w tej ziemi, która by ją przyjęła, a moje kości wreszcie oczyszczone, odarte z powłoki, czyste i schludne jak zęby, byłyby też zbyteczne: byłem zbyteczny na całą wieczność.
Ale dla mnie nie ma ani poniedziałku, ani niedzieli: są tylko dni popychające się w bezładzie.
Istnieje jednak pewne ciekawe zdarzenie, które przytacza Segur, a które wydaje mi się prawdziwe: „W roku 1787 w pewnej oberży koło Moulins umierał stary człowiek, filozoficznie wykształcony, przyjaciel Diderota. Księża okoliczni opadali z sił: próbowali wszystkiego – nadaremnie; człowiek ten odmawiał przyjęcia ostatnich sakramentów, był panteistą. Pan de Rollebon, który zatrzymał się przejazdem i który w nic nie wierzył, założył się z proboszczem z Moulins, że w niecałe dwie godziny skłoni chorego do uczuć chrześcijańskich. Proboszcz przyjął zakład i przegrał: wzięty w obroty o trzeciej nad ranem, chory wyspowiadał się o piątej i umarł o siódmej. «Jest pan taki mocny w przekonywaniu? – zapytał proboszcz – przewyższa pan księży»? «Nie dyskutowałem – odpowiedział pan Rollebon – nastraszyłem go piekłem.»”
Ja nie mam kłopotów, mam pieniądze jak rentier, nie mam szefa, żony ani dzieci; istnieję, to wszystko. A ten kłopot istnienia jest tak nieokreślony, tak metafizyczny, że się go wstydzę.
Gdzie miałbym trzymać swoją przeszłość? Nie można jej włożyć do kieszeni; trzeba mieć dom, żeby ją tam ułożyć.
Jest południe, czekam na godzinę snu. (Na szczęście sen mnie nie opuszcza.) Za cztery dni zobaczę Anny. To w tej chwili jedyna racja mego życia. A potem? Kiedy Anny mnie opuści? Wiem dobrze, na co liczę w skrytości: liczę, że już mnie nigdy nie opuści.
W lustrze ukazał się szary przedmiot. Zbliżam się i spoglądam, nie mogę już odejść. To odbicie mojej twarzy. Często stoję i przyglądam się mu w taki przegrany dzień. Nic nie rozumiem z tej twarzy. Twarze innych mają sens. Ale nie moja. Nie mogę nawet zdecydować, czy jest ładna, czy brzydka. Myślę, że jest brzydka, bo tak mi powiedziano. Ale nie uderza mnie to. Szczerze mówiąc, jestem nawet zdumiony, że można jej przypisywać takie właściwości, to tak jakby określać jako piękny czy brzydki kawałek ziemi lub blok skalny.
Wszyscy jesteśmy tutaj, aby jeść i pić dla zachowania naszego drogocennego istnienia, a nie ma nic, nic, żadnej racji istnienia.
WTOREK
Nic. Istniałem.
Tak bardzo zależy mi na każdej chwili: wiem, że jest jedyna niezastąpiona - a przecież nie uczynię żadnego ruchu, aby po wstrzymać ją przed zapadnięciem się w nicość. Ta ostatnia minuta w Berlinie, w Londynie - w ramionach tej napotkanej przedwczoraj kobiety - minuta, którą kocham namiętnie, z kobietą, którą prawie już kocham - musi minąć, wiem o tym. Za chwilę wyjadę do innego kraju. Nie odnajdę tej kobiety, nigdy nie odnajdę tej nocy. Pochylam się nad każdą sekundą, próbuję ją wyczerpać; nie dzieje się nic, nic, czego bym nie pochwycił, czego bym na zawsze nie utrwalił w sobie: ulotnej czułości tych pięknych oczu, hałasów na ulicy, fałszywej jasności świtu: a przecież minuta upływa i nie zatrzymuję jej, lubię jej przemijanie.
Straciłem pierwsze rozdanie. Chciałem zagrać drugie i straciłem je także: przegrałem partię. Jednocześnie dowiedziałem się, że przegrywa się zawsze. Tylko bydlaki wierzą, że wygrywają. Teraz będę żyć, jak Anny, skończony facet. Będę jeść i spać. Spać, jeść. Istnieć powoli, łagodnie, jak te drzewa, jak kałuża wody, jak czerwona ławeczka w tramwaju.
„Skończyłam się...” – powtarza ciężko. I co mogę jej odpowiedzieć? Czy znam racje życia? Nie jestem zrozpaczony jak ona, ponieważ nie oczekiwałem zbyt wiele. Jestem raczej... zdumiony wobec tego życia, które mi zostało dane – dane na nic.
Nie chcę tajemnic ani stanów duszy, ani rzeczy niewymawialnych, nie jestem dziewicą ani księdzem, żeby się bawić w życie wewnętrzne.
Ja żyję sam, zupełnie sam. Nigdy z nikim nie rozmawiam; nic nie otrzymuję, nic nie daję.
Wolałbym się powiesić niż jeść z nim obiad.
Kiedy byłem mały, ciotka Bigeols mówiła: „Jak będziesz za długo patrzył w lustro, zobaczysz małpę.” Widocznie patrzyłem jeszcze dłużej: to, co widzę, jest poniżej małpy, na pograniczu świata roślinnego, na poziomie polipów.
Kiedyś - na długo zresztą po tym, jak ode mnie odeszła - myślałem o Anny. Teraz nie myślę już o nikim; nawet nie wysilam się, żeby szukać słów.
Mam jakąś pewność... fizyczną. Czuję, że nie ma doskonałych chwil. Czuję to nawet w nogach, gdy idę. Czuję to cały czas, nawet kiedy śpię. Nie mogę o tym zapomnieć. Nigdy nie było nic takiego, co można by nazwać objawieniem; nie mogę powiedzieć, że od takiego a takiego dnia, od tej godziny, moje życie uległo zmianie. Ale teraz czuję się przez cały czas trochę tak, jakby mi to nagle wczoraj objawiono. Jestem porażona, czuję się źle, nie mogę się przyzwyczaić.
Nie miałem prawa istnieć. (…) Istniałem jak kamień, roślina, mikrob.
Nie chcę myśleć... Myślę, że nie chcę myśleć. Nie powinienem myśleć, że nie chcę myśleć. Bo to także jest myślą.
Nie wierzę w Boga; nauka zaprzeczyła jego istnieniu. Ale w obozie internowanych nauczyłem się wierzyć w ludzi.
Trzecia godzina. Trzecia to zawsze za późno, albo za wcześnie, na to, co się chce robić.
Może zobaczę ją za dziesięć lat. A może widzę ją po raz ostatni. To nie jest tylko przygnębienie z powodu rozstania; czuję straszliwy lęk, że znajdę się znów w samotności.
Mam chęć wyjść, pójść gdziekolwiek, gdzie rzeczywiście byłbym na swoim miejscu, gdzie bym dobrze przystawał. Ale nie ma nigdzie takiego miejsca; jestem zbędny.
Kiedy chce się zrozumieć jakąś rzecz, trzeba się umieścić naprzeciw niej, samemu, bez żadnej pomocy; cała przeszłość świata nie przydaje się tu na nic. A potem rzecz znika i to, co się zrozumiało, znika wraz z nią.
Coś mi się stało, teraz nie ma już wątpliwości. Przyszło jakby choroba, nie jak zwykła pewność i nie jak coś oczywistego. Umieściło się podstępnie, po trochu; poczułem się nieco dziwnie, nieco skrępowany, i to wszystko. Potem, już we mnie, przycupnęło, bez ruchu, i mogłem sobie tłumaczyć, że nic mi nie jest, po prostu fałszywy alarm. Ale teraz to znowu postępuje.
Trzeba jednak dokonać wyboru: żyć czy opowiadać.
Chciałem, aby chwile mojego życia szły po sobie i porządkowały się, jak chwile życia, które sobie przypominamy. To tak, jakbyśmy chcieli złapać czas za ogon.
To niezwykłe, jak można kłamać, przyznając sobie rację.
Wtorek, 30 stycznia · s. 18
Rzadko się zdarza, aby samotny człowiek miał ochotę się śmiać [...].
Wtorek, 30 stycznia · s. 16
Chciałbym rozeznać się w sobie, póki nie będzie za późno.
Poniedziałek, 29 stycznia 1932 · s. 14
Tego właśnie należy unikać, nie szukać dziwności tam, gdzie nie ma nic.
Kartka bez daty · s. 9
To już wszystkie cytaty.
36 cytatów w kolekcji · wróć tu, gdy dodamy kolejne



