Marta Kisiel
Cytaty
Wraz z początkiem października do Wrocławia zewsząd nadciągnęła barbarzyńska horda, spragniona wiedzy i stypendiów, a nade wszystko – potu, łez i krwi Bogu ducha winnych pań z dziekanatu.
s. 35
– Tyś źrenicą oczu moich! Tyś promieniem nadziei mrok rozświetlającym! Tyś chwilą wytchnienia w znoju i bólu wszelkim! Ach, strudziłem usta daremnym użyciem! – zakrzyknął i mocno pociągnął dziewczynę, aż padła przed nim na kolana. – Do rzeczy. Marianno!… – szepnął jej płomiennie wprost do ucha. – Kochanko niebiańska… usiądziesz mi na grobie?…
– A pierścionka to ty masz? – odparła krótko i węzłowato.
– Słu… słucham?
– Pierścionka – powtórzyła. – Złotego, z oczkiem, najlepiej czerwonym. Ja tak bez niczego na żadnym grobie nie usiędę. Matula mówi, że trza się cenić, a nie od razu dla byle kogo szargać wianuszek. Bo potem to cała wieś gada i staruszek z ambony pomstuje.
s. 65
Ale to, jak traktujemy dzieci i zmarłych, świadczy o naszym człowieczeństwie albo zbydlęceniu. Naszym! Nie ich.
s. 247
– Tak jakby… poczułem potrzebę.
– Potrzebę czego?
– Dachu nad głową.
s. 40
Siostra, gdybyś powiedziała, że widziałaś jak pływam pieskiem w rynsztoku, przebrany za Myszkę Miki i nawalony jak marabut, to pewnie bym się nie wypierał, ale po parkach na pewno się nie szwendam. Mam swoją godność.
s. 252
– A kim był ten cały Hanke? – zapytał Niedaś, który przymierzał się do ptysia.
– Gość miał ksywę „kat Breslau” – burknęła Basia. – Mówi ci to coś?
– Owszem, subtelnie sugeruje to i owo.
– No to resztę sobie wyguglaj.
s. 192
– Czy pani wie, co to litość, pani Jadwigo?
– A wiem, wiem! Widziałam raz hasło w słowniku!
s. 287
– Młody człowieku, czy ty masz dno? – zwróciła się do niego.
– Teoretycznie. – Wysiorbał z miseczki resztki śmietany po mizerii.
– A praktycznie?
– Nie wiem – przyznał szczerze – ale jestem otwarty na eksperymenty.
s. 112
One zaciukały razem pradziadka włóczką i jakoś z tym żyją, a ty mi jakieś durne pomarańcze do usranej śmierci będziesz wypominać!
s. 253
Słuchaj, cholero, moja cierpliwość to nie Schengen, ma swoje granice.
s. 188
(…) mogłabym tu świecić golizną jak latarnia w Kołobrzegu.
s. 205
Dziadunio był szuja pierwszej wody, więc prababcia postanowiła wynająć kilerów, żeby go profesjonalnie sprzątnęli. Spoko kredens, bywa i tak, łatwiej drania odstrzelić, niż dostać rozwód.
s. 191

