Dożywocie
Cytaty
Tak na dobrą sprawę nie za bardzo pamiętał, gdzie i kiedy się poznali. Zstąpiła z niebios, to pewne, uśmiechnęła się do niego, to też pewne, i dobiła go kilkoma celnymi spojrzeniami spod podkręconych rzęs, a wtedy owe niebiosa, wyraźnie będące z nią w zmowie, z hukiem zwaliły mu się na głowę, odbierając resztki rozumu. Nim się obejrzał, przestał występować w środowisku naturalnym jako Konrad Romańczuk, człowiek, sztuk jedna, i dla całego świata stał się Konradem-z-Majką. Gdzie on, tam ona, gdzie ona, tam on, nierozłączni jak gliniarz i prokurator, Statler i Waldorf, Hewlett i Packard. Po paru miesiącach doszło do tradycyjnej wymiany zapasowych szczoteczek do zębów, aż w końcu pewnego dnia nastąpiła zorganizowana inwazja kobiecości na męską przestrzeń życiową. (…) Otumanionemu miłością i podkręconymi rzęsami Romańczukowi było wszystko jedno. Kiwał potakująco głową, nawet gdy rozmowy zbaczały na tematy pokoju dziecięcego i nieco większego środka lokomocji.
s. 134
Przede wszystkim Licho postanowiło uzbroić się po zęby.
Spośród przedmiotów zgromadzonych w wieżyczce jako te najbardziej zabójcze wybrało żółte, gumowe rękawice, sięgające mu niemal po pachy, spray na mszyce oraz mopa. Od razu poczuło się większe i groźniejsze. Prawdziwy mały morderca.
s. 74
Proszę bardzo, espresso po lichocku. Rozpuszczalna lura ze zwykłym mlekiem i białą śmiercią w ilościach zdolnych powalić słonia.
s. 22
– Tyś źrenicą oczu moich! Tyś promieniem nadziei mrok rozświetlającym! Tyś chwilą wytchnienia w znoju i bólu wszelkim! Ach, strudziłem usta daremnym użyciem! – zakrzyknął i mocno pociągnął dziewczynę, aż padła przed nim na kolana. – Do rzeczy. Marianno!… – szepnął jej płomiennie wprost do ucha. – Kochanko niebiańska… usiądziesz mi na grobie?…
– A pierścionka to ty masz? – odparła krótko i węzłowato.
– Słu… słucham?
– Pierścionka – powtórzyła. – Złotego, z oczkiem, najlepiej czerwonym. Ja tak bez niczego na żadnym grobie nie usiędę. Matula mówi, że trza się cenić, a nie od razu dla byle kogo szargać wianuszek. Bo potem to cała wieś gada i staruszek z ambony pomstuje.
s. 65
Słuchaj, cholero, moja cierpliwość to nie Schengen, ma swoje granice.
s. 188
– Śmieci, śmieci, śmieci – mruczała Carmilla, przetrząsając zawartość kolejnych szafek. – Jak widać, nie wszystkim było dane poznać łaskę żywności organicznej.
– Znamy za to łaskę kruchego ciasteczka, alleluja – oznajmiło pogodnie Licho. (…).
– Zwaną również klątwą pustych kalorii – burknęła Carmilla (…).
s. 237
(…) zaczęła podziwiać leżakujących na trawniku przed dworcem miejscowych koneserów wina marki wino, rocznik zeszła środa (…).
s. 278
– Uświadom mnie, jeśli łaskaw – westchnął Romańczuk – co może wiedzieć o miłości nastoletni gówniarz, którzy przez kilka tygodni łaził za wiejską babą, aż w końcu palnął sobie w łeb, bo go nie chciała, a potem jeszcze od niej w pysk po śmierci dostał?
– Och, wiele… – panicz nie załapał ironii.
– Nic, kompletnie nic! – warknął na to Konrad. – Dla ciebie miłość kończy się tam, gdzie dla normalnego człowieka dopiero się zaczyna! Za morzem łez, za tymi „och” i „ach”, za Weltschmerzem, za kulą w czaszce, za smętnymi wierszydłami i badylami zrywanymi na łące! Tam jest życie, szare, nudne, przyziemne, czasem bolesne jak wszyscy diabli, ale prawdziwe, z pewnością prawdziwsze niż ta twoja upstrzona rymami miłość! To gasnąca namiętność, wzajemna złość, zażarte kłótnie o byle pierdołę, zgniłe kompromisy, patrzenie dzień w dzień na tę samą kobietę…
s. 51
(…) współcześnie nawet Mickiewicz musiałby kręcić kiepskie filmiki autopromocyjne i rzucać je gdzie popadnie w sieci, coby się wybić, a wstęp do Ballad i romansów zapewne zamieściłby na swoim blogasku. Dostawałby słitaśne komcie, a jakiś palant o przeroście ambicji bądź pragnienia intelektu krytykowałby go za to, że pisze ballady zamiast haiku, i bredził coś o zaprzepaszczaniu tradycji kogoś tam przez dwudziestoletnich grafomanów, którzy nie potrafią przyjąć słów krytyki na klatę.
s. 250
– (…) Otóż Konrad złapał depresję. Nie wiem, gdzie i kiedy, niewykluczone, że w mieście, istna sodomia i gomoria tam panuje. Och, oby to nie było zaraźliwe…
– Na wszelki wypadek często myj ręce.
s. 139
– Zbłądziłem pośród wzburzonych żywiołów, podążając za głosem poetyckiego natchnienia (…).
– Głos poetyckiego natchnienia kazał ci wziąć kąpiel błotną? – zainteresował się Konrad (…).
– Zazdrosna o rozkosze bujania w poetyckich niebiosach przyziemność rzuciła się na mą duszę, by rozerwać ją na strzępy i skalać swym brudem.
– Wpadłeś do rowu?
– Też. I odczuwam nieodpartą chęć oczyszczenia.
s. 164
(…) pogładziła biały, koronkowy kołnierzyk, który własnoręcznie wydziergała, by dodać nutę wyrafinowanej elegancji granatowej garsonce. Nie z próżności, skądże znowu, prędzej wyzionęłaby ducha, niż dała się opętać tak grzesznemu uczuciu – kierowała nią wyłącznie schludność, skromność i głębokie upodobanie do przyzwoitości. Wszak od braku kołnierzyka bardzo blisko już do dekoltu, od dekoltu zaś do bezwstydnego, zwierzęcego obnażenia (…).
s. 99
Rozwalony niedbale na sofie Szczęsny oderwał wzrok od książki, którą czytał. Choć sam rzekłby raczej, że zmysłami wszelkimi niczym kielichem z kryształu rzeźbionym czerpał ze zdroju nieziemskiej poezji. Talentu do komplikowania najprostszych nawet czynności nie sposób mu było odmówić.
s. 75
– Przepraszam – skonsternowany Konrad zaczepił pierwszą z brzegu osobę (…). – Ta przyjacielska wymiana poglądów to…
– Pole bitwy o przyrodę naszą i waszą – dokończył ze smutkiem rudy młodzieniec o fizjonomii Koziołka Matołka. – Miejscowi decydenci, oślepieni mamoną i wizją korzyści majątkowych w postaci stałego dostępu do żywności genetycznie zmodyfikowanej, pakowanej w zabójcze dla środowiska foliowe opakowania, oddali tę oto polanę, ostoję dzikiego, pierwotnego zwierza, w pazerne łapska krwiopijnych przedsiębiorców, którzy chcą postawić tu hipermarket. Przybyliśmy bronić tego skrawka ziemi przed śmiercią przez zabetonowanie. Obecnie trwa pokojowa dyskusja...
– A żeby was pchły oblazły, lenie niedomyte! – wrzeszczała nieopodal jakaś dobrotliwa staruszka, kręcąc młynka torebką.
– …po której przejdziemy do również pokojowego pochodu wokół polanki, zakończonego pokojowym przykuciem się do drzew, braci naszych liściastych.
s. 282
Siła wyższa, bez uprawnień kierująca światem, postanowiła udowodnić, że dysponuje niekończącymi się pokładami czystej, małpiej złośliwości. Najpierw w cudowny sposób rozmnożyła bagaże, zaopatrując ich właściciela w ubrania na dowolną porę roku i okazję, łącznie z balem debiutantów i kolejną powodzią stulecia. Tak na wszelki wypadek. Nie zapomniała też o zestawie naczyń stołowych, karbidówce, środkach higieny mniej lub bardziej osobistej, dmuchanym materacu i wielu, naprawdę wielu absolutnie niezbędnych rzeczach. Bez wątpienia siła była kobietą, i to nad wyraz zaradną.
s. 7
– Postawiłbym na radosny eklektyzm – zdecydował, wprawiając Licho w konsternację. Z braku lepszego pomysłu pociągnęło noskiem.
– Oj, bombek w takim kolorze to chyba nie mamy…
s. 94
Żadne tam „miłość ci wszystko wybaczy”, bo samo życie dobitnie dowodziło, że miłość i wybaczenie są z zupełnie innych bajek, tylko seks, kłamstwa i płyty DVD.
s. 40
Zazdrość zżerała ich bez sztućców, zachłannie oblizując palce.
s. 215
(…) nic tak nie pomagało w ataku późnozimowej melancholii jak solidna porcja placka z wiśniami oraz ciepłe kakao.
s. 175
Blond loki, zwykle opadające swobodnie na ramiona, panicz zebrał w klasyczną cebulę i związał wściekle błękitną frotką z koronkowym kwiatkiem. Efekt był wstrząsający.
– Przeszkadzały, gdym haftował na tamborku, więc je okiełznałem. – Nie wydawał się zbyt przejęty tym, że wygląda jak Fragles na sterydach.
s. 91
Zupa, jak to miała w zwyczaju, milczała niczym zaklęta, aczkolwiek w tym milczeniu dało się wyczuć wyraźne potępienie.
s. 255
Tego roku zima postanowiła być wyjątkowo podstępna. Długo czekała na właściwy moment, tocząc wielce wyrachowaną wojnę psychologiczną, aż wreszcie, mniej więcej w połowie grudnia, sypnęła śniegiem aż miło i odniosła spektakularny sukces. Drogowcy byli bardzo zaskoczeni. Nikt natomiast nie był zaskoczony zaskoczeniem drogowców i chyba tylko dlatego obyło się bez zamieszek.
s. 72
Ciągnąc za sobą pękatą czerwoną walizeczkę w kwiatki, Licho człapało niczym skazaniec schodami na parter. Półtora nieszczęścia w bamboszkach, krzywo ostrzyżonego, ze zwisającymi smutno skrzydłami i różowym królikiem kicającym przy nodze. Po jego pyzatych policzkach ciurkiem płynęły łzy niczym grochy.
Cierpisz, nieprawdaż? (…) Tak, z pewnością. Cierpisz, gdyż czujesz się odrzucone, niechciane i zapomniane niczym… niczym… niczym coś odrzuconego, niechcianego i zapomnianego.
s. 140
Mikołajkowe prezenty zdążyły się już znudzić, po słodyczach zostały tylko stosy sreberek i papierków, nowe komórki tłuszczowe oraz radosne zaczątki próchnicy, zaś pora na rozplątywanie światełek i ubieranie choinki jeszcze nie nadeszła. Takie grudniowe ni wpiął, ni wypiął, kiedy nie za bardzo wiadomo, co ze sobą począć.
s. 69
– Fuksja, amarant czy purpura?
– Że co?
– Dziergam szalik dla Licha i mam dylemat, jaką barwę wybrać. – Podsunął Konradowi po nos kłębki mechatej włóczki. – Fuksja, amarant czy purpura?
– Bardziej oczojebnych nie było? (…)
s. 91
Jestem oazą spokoju, usilnie wmawiał sobie Konrad, oazą spokoju na burzliwym morzu agresji i desperacji.
s. 94
– Ładnie, prawda? – przytaknął całkowicie odporny na ironię anioł. – Bardzo przytulnie, apsik. Meble od paru dekad te same, a poszewki na poduszki panicz ciągle nowe haftuje.
– Eee… Panicz…?
– Uhm, panicz. Kiedy walczy z jesienno-zimowo-wiosenną chandrą. Latem robi sobie przerwę.
– Na dobry humor?
– Na konfitury. Z malin, borówek, czasami z wiśni… – Licho westchnęło z rozmarzeniem. – Oj, z wiśni są najlepsze. (…)
Nadzieja jednak, jak powszechnie wiadomo, słynie z tego, że matkuje osobom, którym natura poskąpiła inteligencji, braki nadrabiając naiwnością.
s. 304
Bywały takie chwile, raczej rzadkie, kiedy w Lichu budziło się bardzo nieśmiałe podejrzenie, że Szczęsny jest głupszy od jego bamboszków.
s. 77
(…) dorosłym człowiekiem, a dorosły człowiek mierzy się ze swoimi demonami, żeby je oswoić, no, ewentualnie zatłuc, przebić kołkiem, na wszelki wypadek zdekapitować i zakopać na rozstaju dróg.
s. 40
Na lewo – las. Na prawo – też las, liściasty, sądząc po liściach.
s. 8
Konrad przeleżał całą noc, gryziony i podszczypywany przez stado dzikich wątpliwości, które cierpiały na bezsenność i uważały, że on też powinien.
s. 141
(…) – Ja ją kiedyś zaduszę…
– Panna, co? – Brwi Kusego rozpoczęły pełną podtekstów gimnastykę.
– Skorpion, o ile kojarzę, wyjątkowo jadowity egzemplarz. Nie, panie Kusy, nie panna – wyjaśnił, widząc całkowity brak reakcji na sarkazm. – Wampirzyca, pijawka, koszmar wcielony, potwór, poganiacz niewolników, czyli moja agentka. (…)
s. 173
A Konrad był wszak rdzennym mieszczuchem, wychowanym w kulturze betonu, plastiku i ruchomych schodów. Zwykle obcował z przyrodą za pośrednictwem kanałów Animal Planet i National Geographic. Mógł godzinami rozprawiać o zwyczajach godowych surykatek albo jeziorach kraterowych, ale jedynym gatunkiem drzewa, które rozpoznawał, była wierzba, koniecznie płacząca, a za naturalne środowisko podgrzybków uważał słoiczek.
s. 9
Jako tradycyjny anioł stróż Licho nie miało na wyposażeniu żadnych mieczy ognistych ani tym podobnych, robiących odpowiednie wrażenie akcesoriów, mogło co najwyżej kopnąć z bamboszka.
s. 74
Miłujcie się, bracia i siostry w naturze, miłujcie kwiecie, miłujcie ziele! Zrzućcie okowy drobnomieszczańskiej moralności, uwolnijcie swe ciała i dusze z niewoli genetycznie modyfikowanych kłamstw i konserwantów, jakimi karmią was wielkie korporacje. Dajcie się ponieść czystej, nieskrępowanej miłości Matki Ziemi!
s. 281
– Na akwarycznych bogów, niechże pan ciszej przeżuwa… Ja cierpię…
– Cierp, bratku, cierp za miliony – zarechotał. – Będziesz miał o czym wierszem pitolić przez następny miesiąc.
– Jam niewinien…
– Winien jak cholera. Urżnąłeś mi anioła, rozczochrańcu.
(…) Konrad z pełną mściwości premedytacją zaczął się tłuc po kuchni, trzaskać, tupać i brzęczeć, szukając kubka najwłaściwszego do porannej kawy. Albo filiżanki. I łyżeczki. I spodeczka, rzecz jasna. Skacowane istoty nadprzyrodzone, świadome, że właśnie ponoszą coś w rodzaju kary, znosiły ten koncert na sprzęt kuchenny i umeblowanie z wielkim samozaparciem, usiłując nie pojękiwać zbyt często.
s. 169
Ja z wami oszaleję. I to raczej prędzej niż później, chyba że wcześniej zginę śmiercią bolesną i tragiczną.
s. 121
Myślałem o tym całą noc. (…) Wiem, że chcesz mnie za wszelką cenę ściągnąć z powrotem do miasta, choćby w dybach ponownego związku. Parę osób pewnie by się z tego ucieszyło. Ty, Majka… troje znajomych oszołomów… (…) Ale jest też ktoś, kto zasmarkałby się na śmierć, rwąc sobie włosy z głowy i pióra ze skrzydełek. I kto nie oczekuje ode mnie, że się zmienię i zacznę spełniać jego oczekiwania, tylko akceptuje z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ten ktoś właśnie śpi w moim łóżku z gołym pupskiem i wrednym różowym królikiem pod pachą. Nie mówiąc już o obecnym tu nieszczęsnym paniczu, któremu znowu skończyłyby się palce, zanim zdążyłby popełnić tak pożądane przez ciebie dzieło swego życia po życiu. I tak sobie myślę… że oni są jednak dla mnie ważniejsi niż twoje widzimisię. Dla Majki z czystej przekory nie chciałem się zmienić za nic na świecie, a dla nich… (…) jakoś samo wychodzi
s. 274
Licho nie lubiło śnieżek, wolało lepić bałwanki. Nie wpadały tak za kołnierz.
s. 71
– Naprawdę potrzebujecie mojej obstawy? – zapytał, zaglądając w nawet najmniejszy kąt. – Jest was razem sześcioro, nie licząc obu futrzaków i Krakersa. A z nim żaden upiór nie ma szans… o ile trzyma się parteru.
– Z tobą czujemy się pewniej – odrzekły zgodnie utopce, szczerząc pożółkłe kły.
– Poza tym jesteś naszym dożywotnim opiekunem. Męczenie ciebie nie tylko dniami, ale i nocami, żebyś nie sparciał do reszty i zachował żywość ciała i umysłu, to nasz moralny obowiązek – dodał największy z nich.
– Wzruszyłem się aż po pięty…
s. 304
To już wszystkie cytaty.
42 cytaty w kolekcji · wróć tu, gdy dodamy kolejne
