Marta Kisiel
Cytaty
Tłumaczenie: Młodość jest czasem nauki, lecz żaden wiek nie jest zbyt późny do podjęcia nauki.
s. 27
– Nie wyglądasz mi na szczęśliwą narzeczoną. Naprawdę zamierzasz za niego wyjść?
– Bo ja wiem? Może. Czemu nie. Jest… całkiem fajny.
– Czekaj no. Zwiążesz się z… jak mu było?
– Karolek.
– Więc zwiążesz się z tym Karolkiem na całe życie, bo jest „całkiem fajny”?
– Nie no, El, bez przesady, bądźmy poważne. Nie zamierzam tak długo czekać z rozwodem.
– (…) czas robi z ludźmi rzeczy… niesamowite. Nawet gdy ledwie muskają jego powierzchnię, nieświadomi tego, co kryje się głębiej, w odmętach, do których nie mają dostępu, i tak niepostrzeżenie nim przesiąkają. Nieustannie, w każdej sekundzie swojego zwyczajnego życia. Ale czy trzymamy się brzegu, czy bezpiecznych mielizn, czy też bez wahania skaczemy w największą głębinę, koniec zawsze jest ten sam.
– Śmierć.
– Nieunikniona, nieubłagana śmierć.
– (…) Ale to już koniec trupów i innych niespodzianek nie z tego świata, prawda? – zapytał narzeczoną rozpaczliwym szeptem. – Prawda, Dżusi?
– A widzisz, trzeba było wykupić rozszerzoną gwarancję, zanim poprosiłeś mnie o rękę, to może nie miałbyś teraz takich niespodzianek.
(…) cudzych tajemnic należy dochowywać. Choćby i kosztem własnych.
– (…) Kim naprawdę jest Ramzes?
Jej siostra uniosła brew.
– Dupkiem? – palnęła.
– Titku!
– Parszywą gnidą? – podsunęła Klara wkraczając do salonu (…)
– Ha! A nie mówiłam?
– Ale mogłaś to ująć jakoś tak… ładniej.
– Ładniej, Karolku, to ja mogę wyglądać, jeśli się postaram. A wyrażać będę się dosadnie.
– Gerd. W zasadzie dlaczego właśnie Gerd? Twój stary to fanatyk Andersena? Pół mieszkania zajebane baśniami?
– Titku!
Oburzenie narzeczonego jak zwykle po niej spłynęło.
– Och, tak się tylko mówi.
– No to brzydko się mówi.
– Brzydko to się mówi „wziąść”. Albo „włanczać”.
– Nie no, co ty, El, wdzięcz się, ile wlezie, facet pierwsza klasa! Seksapil Rocka Hudsona, urok Cary'ego Granta, oczy Paula Newmana, głos Deana Martina, usta Gregory'ego Pecka i uśmiech Gene'a Kelly'ego…
– Dżusi, na litość boską, to facet, nie składak! I to ty się do niego wdzięczyłaś, nie ja!
– Zawsze powtarzam, że nie wolno ufać niskim ludziom, bo im się serce w gównie macza.
– Titku, przecież ty wzrostem wdałaś się w ojca…
– I właśnie dlatego noszę szpilki.
Tak na dobrą sprawę nie za bardzo pamiętał, gdzie i kiedy się poznali. Zstąpiła z niebios, to pewne, uśmiechnęła się do niego, to też pewne, i dobiła go kilkoma celnymi spojrzeniami spod podkręconych rzęs, a wtedy owe niebiosa, wyraźnie będące z nią w zmowie, z hukiem zwaliły mu się na głowę, odbierając resztki rozumu. Nim się obejrzał, przestał występować w środowisku naturalnym jako Konrad Romańczuk, człowiek, sztuk jedna, i dla całego świata stał się Konradem-z-Majką. Gdzie on, tam ona, gdzie ona, tam on, nierozłączni jak gliniarz i prokurator, Statler i Waldorf, Hewlett i Packard. Po paru miesiącach doszło do tradycyjnej wymiany zapasowych szczoteczek do zębów, aż w końcu pewnego dnia nastąpiła zorganizowana inwazja kobiecości na męską przestrzeń życiową. (…) Otumanionemu miłością i podkręconymi rzęsami Romańczukowi było wszystko jedno. Kiwał potakująco głową, nawet gdy rozmowy zbaczały na tematy pokoju dziecięcego i nieco większego środka lokomocji.
s. 134
Przede wszystkim Licho postanowiło uzbroić się po zęby.
Spośród przedmiotów zgromadzonych w wieżyczce jako te najbardziej zabójcze wybrało żółte, gumowe rękawice, sięgające mu niemal po pachy, spray na mszyce oraz mopa. Od razu poczuło się większe i groźniejsze. Prawdziwy mały morderca.
s. 74
Proszę bardzo, espresso po lichocku. Rozpuszczalna lura ze zwykłym mlekiem i białą śmiercią w ilościach zdolnych powalić słonia.
s. 22


