Zielone CytatyOstatnio dodane
Najnowsze cytaty z książek w kolekcji Zielone Cytaty — fragmenty dodane przez czytelników, każdy z autorem, książką i stroną, z której pochodzi.
W Polsce nie wytwarza się szczoteczek do zębów, które mogłyby być pomocą, ratunkiem, podtrzymaniem zębów. Produkuje się takie, które po kilku dniach używania musi się wyrzucić, aby uniknąć poranienia dziąseł. Aby czyścić zęby zgodnie z instynktem samozachowawczym, trzeba nabywać amerykańskie szczoteczki do zębów u pokątnych sprzedawców. Skąd je mają? Z paczek od amerykańskich krewnych, ale - uwaga! - także ze szmuglu. Nie, ja nie zwariowałem, do Polski przemyca się szczotki do zębów! Istnieje cały zorganizowany szmugiel tego niezwykłego produktu, artykułu, waloru, gospodarczego dobra, ludzie ryzykują wyroki więzienne i wysilają mózg, aby pod osłoną nocy i w tajemnicy przed władzami przetransportować do tego kraju kawałek nylonu z napisem po angielsku. I za to żądają w pełnym tajemnic procederze handlowym po czterdzieści złotych od sztuki! Czyli równowartość czterech przyzwoitych obiadów w pracowniczych stołówkach, albo dwudziestu ciastek, albo ozdobnego wydania klasyka literatury narodowej.
Kiedyś sprzeczałem się z Kisielem, co jest w życiu najważniejsze. Padały słowa: rozum, heroizm, wątpliwość, bezinteresowność, wierność. Kisiel powiedział: „Największa jest dobroć”.
Porozmawiałby nieco z Bogną, już ona powiedziałaby mu, jak wzbogacono w socjalistycznej szkole niemrawą tradycję. Albo jak wyglądają "inne stosunki". Albo jak udoskonalono polską szkołę przy pomocy takich innowacji jak polityczna denuncjacja wymagających nauczycieli, bicie nauczyciela w czasie i poza zajęciami szkolnymi, kopanie w brzuch ciężarnych nauczycielek, publiczne palenie dzienników ze stopniami przez dziatwę dygnitarzy partyjnych pewną bezkarności, trzymanie nóg na pulpitach podczas lekcji starych ludzi, którzy drżą o posady, gdyż łatwo ich oskarżyć o reakcyjność. Dodać trzeba, że Bogna chodzi do tzw. wzorówki, to znaczy do luksusowo wyposażonej szkoły średniej imienia Jarosława Dąbrowskiego, przeznaczonej dla potomstwa partyjnych i rządowych prominentów. Do tegoż zakładu, uprzednio skrupulatnie opróżnianego z elewów, sprowadza się delegacje zagranicznych idiotów, aby oglądali wspaniałe budynki, w jakich kwitnie szkolnictwo Polski Ludowej.
Tramwaj warszawski jest ciągle symbolem i retortą egzystencji. Jego naturą jest brud i zapuszczenie. Jego przeznaczeniem wyzwalanie z ludzi instynktu wzajemnej nienawiści. Najmiłościwszy chrześcijanin przeistacza się w warszawskim tramwaju czystą biologię i zło. Zasadą psychologiczną tramwaju jest zmitologizowana, ślepa żądza pchania się do przodu i ślepy strach przed niemożnością opuszczenia go w porę. Niezwykle wyszukana nietolerancja bliźniego oraz niewyczerpany leksykon wyzwisk stanowią jego kulturę. Silniejszy w pysku i łokciu jest pozytywnym bohaterem, dumą jego folkloru.
„Być sobą, być sobą – this above all!” pokrzykuje, jak wiadomo, Hamlet. Jest to słuszne życzenie. Dziś męczy mnie szczególniej niż zazwyczaj. Bo ja nie jestem sobą. A kim? Cholera wie.
Proszę pomyśleć: jakie sprężenie sił wytwórczych osiągają ekonomiczni włodarze tego kraju przez fakt, że z jednej pracy nikt nie jest w stanie wyżyć? I jaką apatię? I jakie męczenie? I jakie fizjologiczne spustoszenie?
Obowiązuje dziś w komunizmie jedno przykazanie, wcale nie równorzędne z pozostałymi dziewięcioma, i brzmi: nie kłamać! Nie będziesz kłamał, bo od tego zależysz ty i inni ludzie! Nie przystąpisz do klubu kłamstw, w którym wygodne fotele, wykwintne jadło i porozumiewawcze wyrafinowanie rozgrzeszają, dają rangę subtelnego cognoscente, tego, kto wie, jak jest naprawdę, i nic sobie z tego nie robi, a więc jest lepszy, mądrzejszy, zamożniejszy, swobodniejszy, koneser eleganckiego, wybrednego cwaniactwa. Za wszelką cenę nie kłamać, nie dać się skusić zaszczytem miejsca w drużynie kłamców, która nieustannie zwycięża - w gazetach, na kongresach, w nagrodach literackich, w wyścigu do przydziału mieszkań! Nie kłamać, nie kłamać, nie kłamać...
Ten tu chciał być politykiem, posłem, zbawcą ojczyzny, przedmiotem podziwu i uniżoności, i w dodatku brać za to grubą forsę od społeczeństwa; nie miał żadnych kwalifikacji ani tytułu do tego, czego chciał, prócz swego chcenia, nie uprawniały go do tych funkcji i aspiracji ani umysł, ani serce, ani sumienie, ani wiedza, ani umiejętności; chciał i tyle; i dlatego ma teraz na sobie czystą koszulę, świeżutką, zakopiańską opaleniznę na twarzy, sygnet na palcu i przeświadczenie o swej skrzywdzonej ważności w duszy.
Schopenhauer i Nietzsche zapisali mnóstwo stron na temat woli, ale, moim zdaniem, nie dość wyczerpująco uwzględnili zagadkę chęci, nie dość mocno postawili problem woli niewykrystalizowanej, czyli zachcianki. Zwłaszcza Gdańszczanin zbyt mało temu poświęcił uwagi i chyba dlatego utonął w nadmiernym pesymizmie. Zaś człowiekiem powoduje, według mnie, nie wola, lecz chcenie, a w licznych wypadkach wręcz skłonność, czyli dyspozycja wątła i bezmyślna, decydująca o powszechnej wokół nas gnojówce istnienia. Wola to zdolność poważna, instrument odpowiedzialny i przemyślnie skonstruowany, tak rzadki i kosztowny, że tylko jeden z nas na miliony może sobie nań pozwolić. Reszta nas zaś chce głupio i tandetnie, nic więc osobliwego w tym, że dzieją się z nami niemądre i tanie rzeczy, że lichość naszych egzystencjalnych wędrówek jest prawidłowością, a także okazją do literackich utyskiwań. Nie potrafimy chcieć. Nietzsche wiedział coś o tym i chciał nas uczyć chcenia, ale zaawanturował się w rejony zbyt mało ważne dla większości z nas.
W swoim czasie, gdy komuniści zaczęli budować tak zwane szybkościowce, krążył dowcip kończący się słowami: "Gotowe! Zrobione! Szlus! Felek, trzymaj sufit, ja lecę po wypłatę..." Po czym dowiedzieliśmy się o drzwiach, które nie mają prawa pozostać w zawiasach po zatrzaśnięciu, o pagórkowatych podłogach, po których się nie chodzi, lecz wspina, o ścianie zawalającej się wraz z wbiciem gwoździa, o windach, co ani razu nie uniosły się w górę, o instalacji sanitarnej, która za jednym pociągnięciem rączki zrywa kanalizację całej kamienicy, o szybach wylatujących wraz z pierwszym otworzeniem okna, o centralnym ogrzewaniu, które grzeje tylko latem. W komunistycznym żargonie zwie to się brakoróbstwem i przypisywane jest reliktom kapitalizmu w naturze ludzkiej.
Miałem 40 stopni gorączki i przy mnie nikogo; chciałem napić się wody, nie miał mi kto podać; sięgnięcie po kubek na krześle przy łóżku nagłe wydało się przedsięwzięciem z kategorii zdobywania Monte Cassino, wysiłkiem jakby gigantycznym i niewykonalnym; moja zbełtana świadomość reagowała szarpnięciami, stąd zanuciłem sobie „A gdy umierał w szpitalu wojskowym…”, o czym przecież wiedziałem, że jest zwykłą stylizacją, bo przecież jeszcze nie umierałem i dobrze o tym wiedziałem; wobec tego mogłem sobie pozwolić na kilka łez spływających po twarzy, co na pewno dodawało charakteru sytuacji i umacniało jej ozdobność; no i wdałem się w monolog: „Widzisz, tak tu sobie leżysz, niegdyś popularny dziennikarz i publicysta, beniaminek „Przekroju”, imprez jazzowych i świetnie zbudowanych dziewczyn, a także kobiet o bujnej urodzie, adresat licznych listów od czytelników, wyróżniający się sposobem ubierania, a także krytyk teatralny katolickiego czasopisma, i łzą ci zachodzi oko, albowiem w chwili bezsiły i nędzy nie ma kto ci podać łyku wody.
Natomiast po wojnie, gdy komuniści mieli w głowie tylko polityczną rozgrywkę i władzę, sławny architekt polski Maciej Nowicki - współtwórca gmachu Onz w Nowym Jorku - i Le Corbusier postanowili rozpisać konkurs na międzynarodową odbudowe Warszawy i zaprosić wszystkich Niemeyerów, Aalto, Saarinenów do współpracy. Urbaniści rozprawiali o jedynej okazji w dziejach, o rekompensacie za kataklizm, o największym w historii uzbrojonym terytorium miejskim pod całościowe planowanie, o odwróceniu Warszawy frontem do Wisły, o najpiękniejszym mieście świata, jakie powstanie w wyniku takiego przedsięwzięcia. Nie wiadomo co by z tego wynikło, ale szybko stało się wiadome, że co dotyczy Warszawy, decyduje się w Moskwie. Zamach na prawdziwą internacjonalizację upadł, odbudowa potoczyła się drogami starego urbanistycznego grzechu, to znaczy ze skarpy na zachód, czyli jak uprzednio od rzeki ku mazowieckim płaszczyznom, czyli na przekór pryncypiom, które dały piękno Rzymu, Paryża, Pragi, Budapesztu - miastom zdobnym w rzekę.

