Cytaty
Pana Seweryna spotkałam przypadkiem (…) Wpatrywał się w okna okolicznych budynków mieszkalnych zadzierając głowę, schodził z chodnika na jezdnię i o mało go nie przejechałam. Ucieszyliśmy się obydwoje nadzwyczajnie.
– Nic się pani nie zmieniła! – zapewnił mnie pan Seweryn z zachwytem. – Nic a nic! Ciągle młoda! Ciągle piękna!
Rzecz gustu, jak wiadomo, nie to ładne, co ładne, tylko to, co się komu podoba. Pan Seweryn zawsze miał dziwne upodobania.
s. 10
Chleb z masłem można jeść i proszę mi tu nie wciskać plasteliny. Wskazane byłoby tylko pilnować, żeby masła nie było więcej niż chleba.
s. 70
I rzeczywiście wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że gdzie tu to czczo? Soczek jak soczek, ale już po pierwszej śliweczce przestajemy być na czczo. Co zatem mamy zrobić? Zwrócić śliweczkę…?
s. 8
– Czego szukasz? – zapytał.
– Pralni pierza! – odparłam bez namysłu.
– Pralni czego..?!
– Pierza. Takie białe, z ptaków.
– A… Po diabła ci pralnia pierza?
– Do prania. Pierze się pierze, jak jest brudne.
– Aha, jeszcze tu trzeba napisać, czy umie po francusku.
– Zdaje się, że nie umie ani słowa. Umie po angielsku i po niemiecku.
– Nie szkodzi. Nie możemy napisać, że nie umie, bo to też robi złe wrażenie. Nie napiszemy „perfekt w mowie i w piśmie”, bo to chyba przesada. Czekaj…
– Znajomość francuskiego średnia – podsunęła Janeczka. – Średnia znaczy przeciętna, większość ludzi nie umie po francusku, więc ojciec mieści się w normie. Znaczy, jest średni.
– Święta prawda. Znajomość francuskiego średnia. No, to mamy z głowy.
s. 25
(…) spowodowałam rewolucję w stoisku ze stanikami, buntując klientki informacją, że tych rzeczy nie kupuje się na oko, bo nie na oku się je nosi (…).
Był gotów na wszystko. Gdybym postawiła warunek, że wymaluje w czerwone kwiatki cały Pałac Kultury od góry do dołu, zapewne bez namysłu popędziłby po stosowną farbę.
Chaber, ich pies, był zwierzęciem najmądrzejszym na świecie. Przez całe dwa i pół roku swego życia, z czego półtora roku spędził przy boku swych państwa, zdążył tysiąckrotnie udowodnić, że nie istnieje na ziemi istota rozumniejsza od niego.
s. 10
– Cóż to ma być? – spytałam Romana prawie z przestrachem. – Co się stało? Czy ten samochód nam się rozlatuje?
– Jeszcze nie – odparł z westchnieniem. – Ale możliwe, że się kiedyś w końcu rozleci. To jest nasza polska autostrada.
– Ależ co mi tu Roman mówi, to nie żadna autostrada, tylko tara do prania!
– Dobrze jaśnie pani zgadła, tak to nawet nazywają, pralka. Nawierzchnia się marszczy w takie drobne nierówności i rozmaite dziury.
– I dlaczego to tak? Specjalnie?
– Czy specjalnie, nie jest pewne, możliwe, że za dawnego ustroju wszystko było robione przeciwko zwyczajnym ludziom, żeby im się w głowach nie poprzewracało, ale zasadnicza przyczyna jest prosta. Zły asfalt.
Koszulki w gołe tyłki, małpy, palmy i pikasy, barwy, od których przez wieki zęby ich bolały i nie wiem, dlaczego im przeszło, powiewające, rozkloszowane spodenki, fontazie, żabociki, falbanki, wory i farfocle wszelkiego autoramentu. Ubrali się w ten chłam dobrowolnie i jak zaczęli wyglądać?
Nie powiem, bo ma to być utwór wytworny, w którym wyrażeń brutalnych należy unikać.
Z niewiadomych przyczyn przy każdej rozmowie telefonicznej zawsze plątały się w pobliżu nędzne świstki zamiast przyzwoitej kartki, mimo że przyzwoitych kartek miałam w domu zatrzęsienie.
Żadne społeczeństwo nie jestem, najwyżej mogę być margines.












