Cytaty
Że opuściłam dom mego męża, chciałaś powiedzieć. Był chamem i damskim bokserem. Wytrzymywałam to jak idiotka, bo kiedyś przyrzekłam jednemu księdzu przy spowiedzi, też jak idiotka, że będę matką rodu, dopóki mój syn może mnie potrzebować, to znaczy, dopóki sobie nie znajdzie własnej kobiety. Ten ksiądz chciał mnie ugrobić na całe życie z tą wiernością małżeńską, ale uznałam, że wszystko ma swoje granice. Byłam na spowiedzi przy okazji waszego ślubu i powiedziałam księdzu, temu samemu zresztą, on ma już ze sto lat, że koniec mojej przysięgi, a on mi odmówił rozgrzeszenia. Odtąd chodzę do kościoła nielegalnie.
Ty się o nic nie martw, Marysia – powiedział tonem niezrównanego doktora Pawicy.
– Sasza Winogradów, native speaker, tłumacz i poeta z bożej łaski oraz śpiewak. Bardzo skromny śpiewak. W każdym razie nie piosenkarz. Pieśniarz?… Tak sobie przy gitarze śpiewam troszkę.
– Okudżawę i Wysockiego?
– No tak, tu wszyscy ich uwielbiają, nie wiem, jakim cudem.
Te jajka są nielegalne jak łącka śliwowica, bo niestemplowane. Prosto od gospodarza i to niehurtowego.
Większości kobiet dobrze robi zainteresowanie ze strony przystojnego mężczyzny, nawet jeśli nie zamierzają tego mężczyzny w żaden sposób spożytkować.
W drzwiach stała osoba o wyglądzie dwudziestolatki, choć jako uczennica pierwszej klasy liceum musiała być młodsza. Miała na sobie minimalną koszulkę i coś w rodzaju szlafroczka w rozmiarze dla krasnoludków, tak więc wszystkie jej wcale dojrzałe wdzięki były właściwie na wierzchu.
Robótki przed śniadaniem? To niezdrowo!
– Zastanawia się pani teraz, ile mam lat? (…) Osiemdziesiąt dwa. W grudniu skończę osiemdziesiąt trzy.
– Piękny wiek – powiedziała, bo nie wymyśliła niczego mądrzejszego. Pan Stefan skrzywił się.
– Piękny wiek to pani ma. Ja nie mam nawet pięknego charakteru.
(…) żona jest krakuską i ona mnie dokształca przez całe życie w języku krakowskim. Nachtkastlik, meszty, ramo rowerowe, tremo, myśmy są, zapomniałem sobie… Czy można zapomnieć komuś? A oni właśnie mówią, że zapomnieli sobie. I to ich „na polu”. Może być na ulicy, na podwórku, a oni mówią – na polu.
Sasza Winogradow został, oczywiście, zawiadomiony o powstaniu nowej firmy. Wykazał stosowny entuzjazm i umówił się z Marią, że jakby co, to on chętnie zaśpiewa Okudżawę, Wysockiego, „Biełyje rozy” i nawet „Majteczki w kropeczki”, gdyby było zapotrzebowanie. Ostatnia część deklaracji wstrząsnęła Marią do głębi.
– Jeżeli ktoś będzie chciał „Majteczki w kropeczki”, to mu w życiu żadnego przyjęcia nie zrobimy – parsknęła oburzona.
Sasza pękał ze śmiechu.
– Dałaś się podpuścić, przyjaciółko – chichotał cały zadowolony. – Nie bój się, będziemy trzymać fason jak ta twoja filmowa panienka… jak jej było? Babette?
(…) tylko ustne polecenie, najlepiej w głębokiej tajemnicy. Brylanty nie ogłaszają się ani w Internecie, ani po gazetach.
– (…) w moim pokoleniu wszyscy czytali Agatę. Jeśli w ogóle czytali kryminały. Ja czytałem dosyć dużo, zwłaszcza kiedy jeździłem po różnych budowach jako kawaler jeszcze. Byłem ulubionym klientem prowincjonalnych bibliotek.
– Myślałam, że ci, co jeździli po budowach, robili zupełnie co innego…
– Co innego też robiłem. Kiedy ma się tyle lat co pani, czas jest bardziej rozciągliwy. Kiedy może pani do mnie przyjść?
Kiedyś dawno temu ktoś opowiedział Marii historyjkę: za górami, za lasami, za morzami i rzekami był sobie kraj, a w tym kraju stał złoty pałac. Mieszkała w nim piękna królewna. Któregoś dnia królewna wyszła na balkon w swoim pokoju, ogarnęła wzrokiem bezbrzeżne dale i powiedziała: „Cholera jasna, jak ja mam wszędzie daleko!”.
W dziesiątej godzinie jazdy Maria była skłonna przypuszczać, że królewna miała ten pałac w Szczecinie.
Są silni ludzie i słabi ludzie, tak samo jak dobrzy i mniej dobrzy, a czy to kobiety, czy mężczyźni, to chyba nie ma specjalnie znaczenia.
– I wy tak po prostu biliście człowieka za inny kolor skóry? (…)
– Ale nie za kolor skóry. Kolor skóry to on sobie może mieć, jaki chce, tylko niech go ma u siebie. Kto mu, kurdę, kazał razem z tym kolorem przyjeżdżać do nas, do naszego kraju? Niechby sobie siedział w Afryce albo w Azji, albo w innym Murzynowie. Jamajczyki, kurdę, Portoryki, badziewie jedno. Skoro ono jest tutaj, gdzie nie jest jego miejsce, to zasłużyło sobie, żeby mu przyłożyć. Polska dla Polaków, nie?
Maria była coraz bardziej wstrząśnięta. Takiego oblicza Kordiana Pultoka jeszcze nie znała. A to, że je właśnie ogląda, jest zapewne karą za nadmierne parcie do wiedzy. Co ją obchodziły głupie tatuaże? (…)
– A jeśli na przykład ten czarny albo żółty ma żonę Polkę i przyjechał tu, żeby być razem z nią? Jeśli mają dzieci?
– To znaczy, że ta żona nie jest Polka, tylko zwykła kurew – objaśnił ją młody ideowiec. – Polki powinny dbać o czystość białej rasy. Pani uważa, że to w porządeczku jest, że taka Polka albo nawet inna Europejka pozwala się dmuchać kolorowemu?
Tylko idioci nie miewają wątpliwości.
– Miałam bardzo kochanego dziadka. Umarł, kiedy miałam piętnaście lat. A zaraz potem babcia stwierdziła, że skoro on nie żyje, to ona też nie chce. Moi rodzice próbowali jej tłumaczyć, że jeszcze my jesteśmy, że ją kochamy, ale nie słuchała. Położyła się i rzeczywiście umarła.(...)
– (...) Pani babcia chciała umrzeć i umarła. Ja nie chcę umrzeć, ale też umrę.
Narodowe bogactwo mojego kraju.
No tak. Same rymy męskie. Maria ćwiczyła już dla własnej przyjemności tłumaczenia z angielskiego, niemieckiego i rosyjskiego, przy czym dokonała odkrycia: z rymami męskimi, czyli jednosylabowymi, wcale w języku polskim nie jest tak źle – pod jednym warunkiem: że pisze się coś śmiesznego. Jeśli chcemy być poważni, natychmiast zaczynają się schody.
Niektórzy tłumacze nie zwracali uwagi na takie drobiazgi i zmieniali akcenty w wierszach na polskie, ale przecież nie można zmienić akcentów w piosence, bo onaż się nie da zaśpiewać!
– Piżama, szlafrok, kosmetyki, szczoteczka do zębów. Takie tam. Sam wiesz, co jest potrzebne w szpitalu.
– W życiu nie leżałem w szpitalu…
– To w hotelu. W hotelu leżałeś.
(…) nie mogę się kochać w facecie, o którym nie wiem, czy jest Leńskim, czy Onieginem.
– Dawaj wszystko do zmywarki. – Wraz z miłością do męża wygasła Marii miłość do starej angielskiej porcelany, którą dotąd traktowała z ostrożnym szacunkiem.
Może by rzeczywiście przymierzyć się do tego tłumaczenia? Od razu widać, że będzie masakra z nieprzetłumaczalnym początkiem. „Gori, gori, moja zwiezda” – tego się po prostu nie da przełożyć w żaden żywy sposób na polski, zachowując rytm oryginału!
Ach, płoń, ach, płoń, ty gwiazdo ma – pomyślała Maria i zachichotała, budząc niemrawe zainteresowanie jakiegoś mocno nabombanego osobnika, który posuwał się skokami naprzód, opierając się o kolejne pnie na trasie, czyli na ulicy Starzyńskiego, obsadzonej drzewami z obu stron.
– Ja rówszszz uwaszszam, sze szszycie jest szmieszszne, tak, ap-sslutnie… – wyszemrał nabombany i usiadł bezwładnie u stóp rozrośniętego jesionu. Maria ominęła go, a on przyjaźnie pomachał jej ręką. Przypuszczalnie zmęczyło go to bardzo, więc zwinął się w kłębek i usnął.
– Nie znacie nowin. A ja znam.
– Bo masz wtyczkę w Stolcu – wzruszyła ramionami Róża. – Nie patrz tak na mnie, Mareszko, jedna nasza znajoma mieszka w takiej wsi, co się nazywa Stolec.
(…) Aleks nie mógł znieść myśli, że w jego domu będzie grasować jakaś obca osoba – czytaj: pomoc domowa.
My tu gadu gadu, a chłop śliwki rwie.
(…) podobno Szczecin to jest wiocha z tramwajami (…).
Czy pani słyszy samą siebie? (…) Dżipiesy, esemesy, abeesy, same skróty. Żeby było szybciej. Wam, młodym, stale gdzieś pociągi odchodzą, wszyscy zabiegani, zaaferowani i na normalność nikt nie ma czasu. „A mnie się marzy kurna chata”, Mareszko, bryczka w dwa koniki i życie toczące się powolutku, z umiarem. Nikt nigdzie się nie spieszy, a, o dziwo, wszystko jest załatwione, ułożone i bez zaległości.
– No cześć, malutka – powiedział czule, siadając na brzegu łóżka. – Jak się czujesz?
– Dobrze – odpowiedziała i zwymiotowała mu na buty. Zerwał się z okrzykiem obrzydzenia, który natychmiast pohamował.
– Jezus Maria, nic ci nie pomogli?! Poczekaj, zawołam jakąś salową czy kogoś, to posprząta.
Wybiegł z pokoju i po chwili wrócił z salową.
– Dobrze, że pani się podniosła do wymiotu – orzekła ta przytomna osoba. – Wcale się pani nie upaprała, ani pościeli, nic. Tylko podłoga. To jest pikuś. Tak mówią moje wnuczki. Pikuś. Zaraz wymyję i śladu nie będzie.
Aleks patrzył z rozpaczą na swoje buty.
– A pan niech idzie do łazienki i wyczyści te trzewiki – poleciła salowa.
– Ale nie będziemy przecież mówić do ciebie „Mario”, jak na ambitnym filmie nurtu egzystencjalnego – mruknął Noel.
– Jakie lubisz zdrobnienia?
– Mąż mnie nie zdrabniał, bo uważał, że to gminne… (…). Mój ulubiony profesor i prawie promotor mówił do mnie „Maryniu” …
– Zrozumiałe, pewnie lubił Sienkiewicza – kiwnął głową Noel, slawista, który doskonale znał Rodzinę Połanieckich.
– A tak to była Marysia, Maryś, różnie. Mani nie lubię. A mój dziadek mówił do mnie „Mareszka”. To kaszubskie. Dziadkowie Kwiatkowie byli Kaszubami.
– Pięknie! – Noel był wyraźnie zachwycony. – Mareszka. Kaszubska Mareszka. Jestem za. Czy zechcesz dla nas być Mareszka?
– Z przyjemnością. (…) Nie byłam Mareszką od dzieciństwa.
Rodzice po to są, żeby się martwili.
– Chciałaś od nas rad i porad. Jedz wolniej i powiedz nam, o co chodzi, a już jak my ci doradzimy…
– To się nie pozbierasz – uzupełniła pani Lila.
– Myślałaś o Pawle?
– „Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę, nie tracę zmysłów, kiedy cię zobaczę” … – Maria poleciała tym razem Mickiewiczem (niektórzy powiedzieliby, że Grechutą).
Oni wszyscy muszą wiedzieć, że doskonale mi się powodzi i firma stoi jak… – Tu w ostatniej chwili zrezygnował z tłustego porównania.
Niech mi pani nie mówi „Kordianie”, bo się pochlastam. To nie jest normalne imię dla normalnych ludzi. Moja matka chciała mi życie złamać na starcie i złamała.
– Cudny jest (…). Czy jego w ogóle można głaskać? Bo wiem, że psów pracujących w zasadzie się nie głaszcze.
– Czasem można, jak nie pracuje (…). Damy mu trochę wolnego, możesz z nim pogadać. (…)
Maria wzięła z miseczki parę chrupek. Ferdynand natychmiast się zaktywizował, ale uruchomił tylko czubek nosa, który zawęszył gwałtownie.
– Możesz – zezwoliła jego pani i Ferdi wstał z godnością, udając, że żadne chrupki go nie obchodzą. Przyjął je z dłoni Marii z dużą godnością, zjadł i dał jej buziaczka, kiedy tylko się do niego pochyliła. – Jesteś wspaniały, wiesz?
Golden coś odmruknął, jakby chciał powiedzieć „nie nowina, wszyscy to wiedzą”.
– Pogodzili się po Karaibach i, jak znam naturę ludzką, to teraz Marcela pęknie, a nie wpuści do domu obcej kobiety, zwłaszcza młodszej i ładniejszej od siebie. U Marcelki Marysia nie zarobi. Chyba żeby się przebrała za starą wiedźmę…
– Tak jak my kiedyś…
Maria nie była pewna, czy dobrze słyszy. Dwie stare wiedźmy przebierały się za stare wiedźmy? No, uczciwie mówiąc, to nie są wiedźmy, tylko całkiem sympatyczne staruszki, ale przecież staruszki.
(...) już naprawdę czułam ostatnio, jak mi szare komórki obumierają miliardami.
Ach, słuchaj, jaż mam dla ciebie komunikat kulturalno-oświatowy! Twój Sasza (…) ma koncert!
Jak powiada Pismo Święte (…) na początku był chaos, a potem była damska torebka…
– A wiecie, że on, to znaczy Kołczak, właściwie sam siebie rozstrzelał?
– Z dwóch pistoletów – roześmiała się Hanka.
– Nie, z plutonu egzekucyjnego. Bo tam nie było nikogo wyżej pułkownika, a Kołczak był admirałem, więc nikt w zasadzie nie miał prawa wydać komendy „pli”, to znaczy po waszemu… jak, Mareszka, bo nie wiem?
– Pal.
– No właśnie. I Kołczak sam wydał komendę. A oni go na tę komendę zabili. To jest prawdziwa prawda (…).
Jeśli to nawet nieprawda, to jest dobrze wymyślone (…).
Aleks zaglądał w oczy wszystkim, miał już taki odruch i nie miało to nic wspólnego z męsko-damskimi instynktami. Po prostu lubił być lubiany, bo nigdy nie wiadomo, kiedy sympatia tego lub owego osobnika mogła się okazać pożyteczna. W środku był zimnym draniem.
Na razie Maria nie wiedziała jeszcze, co zrobić ze swoją świeżo zdobytą wiedzą o ciemnej stronie charakteru męża, postanowiła więc pomyśleć o tym kiedy indziej. Wypróbowany patent Scarlett O’Hary.
Dzieci powinny być lepsze od rodziców.
– Powiedz mi, co to za określenie, z którym masz kłopot.
– Priwieriedliwyje (…).
– Kto wyje, powiedziałaś?
– Nikt nie wyje. No, może ja. Konie są priwieriedliwyje. We wszystkich tłumaczeniach jest jednakowo: narowiste. A priwieriedliwyje wcale nie znaczy „narowiste”. „Narowisty koń” po dla mnie poza tym pojęcie zootechniczne, a nie poetyckie. Nie ma czaru, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. (…) Priwieriedliwyj to po naszemu „grymaśny, kapryśny”. „Narowistego” ja odczuwam jak takiego trochę świrusa. Tu kopnie, tu zrzuci z siodła… A te konie priwieriedliwyje nie są stuknięte, tylko Imają własne zdanie. Nie słuchają woźnicy są nieposłuszne…
Oszukuję księdza, a Bóg pewnie nie dał się nabrać.
– Jasny szlag by to trafił!
– Nie wyrażaj się! – W domach Bochenków i Kwiatków nie używano tak zwanych brzydkich wyrazów, a słowo „głupi” stanowiło najstraszniejszą obelgę.
– Boże jedyny… to znaczy, że mi nie pomożecie…
– I nie używaj imienia Boga nadaremno – ofuknął ją ojciec.
Pani nie wygląda jak Maria. Maria jest chudy, zimny patyczak. Pani wygląda jak Marysia.
Podobno psy sporo śpią. Nie wiadomo, czy yorkshire teriery o tym wiedzą.
– Dobrze, proszę pani – odrzekła Maria tonem podsłuchanym u angielskich pokojówek z seriali o Herkulesie Poirot i pannie Marple.
Czterdziestolatek może wszystko. Osiemdziesięciolatek o wiele mniej. Żeby to najjaśniejszy szlag trafił. Niestety.
– Cóż pan się tak zamyślił?
– Poszukuję straconego czasu, Mareszko – zaśmiał się prawie wesoło. – Beznadziejna sprawa.
Byli w sobie naprawdę zakochani.
Aleksowi przeszło to jakby szybciej. Być może dlatego, że pan i władca szybciej nuży się posłuszną niewolnicą niż posłuszna niewolnica panem i władcą. Bycie panem jest seksy. Bycie niewolnicą tylko do pewnego momentu.
To już wszystkie cytaty.
53 cytaty w kolekcji · wróć tu, gdy dodamy kolejne



