Cytaty o mieszczaństwie
12 cytatów · 4 autorzy
Cytaty
Ojcowie byli dla niej zawsze śmiechu warci. Toteż zamężne kobieciny w ich mieszczańskich klatkach nazywała „ufryzowanymi królicami”, które muszą nadstawiać się swoim samcom.
Dopóki porządek rzeczy pozwalał ludziom zamożnym na dziwactwa i szaleństwa popełniane kosztem niezamożnych, łatwo było brać za dobrą monetę, uważać za oryginalność owe szaleństwa i prawo do nieróbstwa, z którego korzystało mieszczaństwo, podczas gdy większość cierpiała. Wystarczyło jednak, by ruszyły się niższe warstwy, a wyższe utraciły swe przywileje i natychmiast wszyscy spospolicieli, rozstali się bez żalu z samodzielną myślą, której widocznie nigdy nie posiadali.
Na to mamy cztery ściany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby nikt o nich nie wiedział.
Ja tam nie mam czasu myśleć...
W porządnej kamienicy wypadki się nie trafiają.
Kobieta powinna przejść przez życie cicho i spokojnie.
Dla męża, mój panie, kobieta się nie potrzebuje pod spodem stroić.
Zbyszko: Niby to u nas nie ma kokot w kamienicy. Sama mamcia wynajmowała tej z pierwszego piętra.
Dulska (z godnością): Ale się jej nie kłaniam.
Zbyszko: Ale pieniążki za czynsz mamcia bierze od niej, że aż ha...
Dulska: Przepraszam, ja takich pieniędzy dla siebie nie biorę.
Zbyszko: A co mamcia z nimi robi?
Dulska (majestatycznie): Podatki nimi płacę.
W istocie, jeśli świat ma rację, jeśli rację mają masowe rozrywki, kawiarniana muzyka, zamerykanizowani ludzie, zadowoleni z byle czego, w takim razie ja nie mam racji, jestem szaleńcem, jestem naprawdę wilkiem stepowym (…) jestem zwierzęciem, zabłąkanym w obcym i niezrozumiałym świecie, zwierzęciem, które nie może już znaleźć swego legowiska, swego pożywienia i chęci do życia.
Jeśli przez jakiś czas nie doznałem ani rozkoszy, ani bólu i oddychałem letnią, mdłą i znośną atmosferą tak zwanych dobrych dni, wtedy dziecinną moją duszę ogarnia tak ogromny smutek i taka żałość, że zardzewiałą lirę wdzięczności ciskam sennemu bożkowi zadowolenia w sytą twarz, wolę bowiem czuć w sobie prawdziwie diabelny ból niż zdrową temperaturę pokojową. Wtedy rozpala się we mnie dzika żądza mocnych wrażeń, żądza sensacji, wściekłość na wymuskane, płaskie, unormowane i wysterylizowane życie i obłędna chęć zniszczenia czegoś, na przykład domu towarowego albo katedry, albo siebie samego; chciałbym wtedy popełnić jakieś zuchwałe głupstwa, zedrzeć peruki paru czczonym bożyszczom, zaopatrzyć paru zbuntowanych sztubaków w wymarzony bilet do Hamburga, uwieść małą dziewczynkę lub skręcić kark kilku przedstawicielom mieszczańskiego ładu. Gdyż przede wszystkim najszczerzej nienawidziłem, brzydziłem się i przeklinałem zadowolenie, zdrowie, wygodnictwo, ten wypielęgnowany optymizm burżuja, tę tłustą, prosperującą hodowlę wszystkiego, co mierne, normalne, przeciętne.
Miałeś w sobie obraz życia, jakąś wiarę i jakieś żądanie, byłeś gotów do czynów, cierpień… ofiar a potem spostrzegłeś stopniowo, że świat nie żąda od ciebie ani czynów, ani ofiar, że życie nie jest heroicznym poematem z rolami bohaterów, lecz mieszczańską izbą, gdzie ludzi w pełni zadawala jedzenie, picie, robótka na drutach, partia tarota i radio.
Człowiek, który jest zdolny pojąć Buddę, człowiek, który ma wyobrażenie o niebiosach i otchłaniach człowieczeństwa, nie powinien żyć w świecie, w którym panują common sense, demokracja i burżuazyjne wykształcenie. Żyje w nim tylko z tchórzostwa, a gdy wymiary tego świata zaczynają go uciskać, gdy szczupła mieszczańska izba staje się dlań za ciasna, wówczas kładzie to na karb „wilka” i nie chce przyznać, że czasami wilk jest najlepszą jego cząstką.






