Milan Kundera
Cytaty
Wszystko, co na tej ziemi należy do Boga, może należeć do diabła.
Takie by to było proste – znaleźć spokój w świecie wyobraźni. Ale starałem się zawsze żyć w obu światach równocześnie i nie porzucać jednego dla drugiego. Nie wolno mi porzucić prawdziwego świata, nawet jeśli przegrałem w nim wszystko. Wystarczy zresztą w końcu, jeśli uda mi się to jedno. To ostatnie. Przekazać swoje życie jako jasne i zrozumiałe posłanie jednemu jedynemu człowiekowi, który zrozumie i poniesie je dalej.
Pan młody nigdy nie był podmiotem ślubu. Był jego przedmiotem. To nie on się żenił. To jego żenili. Ktoś przemocą wciągnął go w ten ślub, a on tylko płynął unoszony potężną falą.
Tylko, że fakty mają przeważnie inny sens niż ten, który przypisują im ich ślepi autorzy; są często zawoalowanymi rozkazami z góry, a ludzie, którzy do nich dopuszczają, to tylko nieświadomi wykonawcy wyższej woli, której istnienia nawet nie przeczuwają.
Zrozumiałem, że człowiek nie ma nic do stracenia, że wszędzie jest jego miejsce, wszędzie tam, dokąd przyszedł Jezus, to znaczy wszędzie między ludźmi.
Zlekceważona wartość i zdemaskowane złudzenie mają bowiem równie rachityczne ciała, są do siebie podobne i nic łatwiejszego, jak wziąć jedno za drugie.
Rzeczą najbardziej godną pogardy jest wstydzić się swoich własnych uczuć.
Wysłannicy z otchłani dziejów.
Przyznam się, że od tego czasu mam awersję do mówienia sobie per ty: w założeniu ma to być wyraz bliskiej zażyłości, ale jeżeli ludzie będący na „ty” są sobie obcy, forma ta nabiera natychmiast opacznego znaczenia, staje się wyrazem gburowatości, tak że świat, w którym ludzie powszechnie są z sobą na „ty”, nie jest światem powszechnej przyjaźni, lecz światem powszechnego lekceważenia.
Wartość człowieka widzę w jego wierności.
Zemsta odkładana na później przeobraża się w coś fałszywego, w prywatną religię, w mit z każdym dniem bardziej oderwany od występujących w nim osób, które w micie zemsty pozostają ciągle takie same, chociaż w rzeczywistości (chodnik bez przerwy się porusza) są już dawno kim innym: dzisiaj inny Jahn stoi przed innym Zemankiem, a policzek, który mu jestem winien, jest nie do wskrzeszenia, nie do zrekonstruowania, jest definitywnie stracony, toteż, kiedy wymierzyłem go teraz, po latach, jest zupełnie niezrozumiały, a ponieważ jest niezrozumiały, nabiera całkiem innych, nie zamierzonych przeze mnie znaczeń, staje się czymś innym, niż był w moich intencjach, może się obrócić w najróżniejszych kierunkach, a ja nie mogę nim nawet kierować, a tym mniej znaleźć dla niego usprawiedliwienie.
Powiedziałem: Chrześcijanie. Ale gdzie oni właściwie są? Widzę wokół siebie tylko pozornych chrześcijan, którzy żyją akurat tak samo jak niewierzący. A przecież być chrześcijaninem to znaczy żyć inaczej. To znaczy iść drogą Chrystusową, naśladować Chrystusa. To znaczy wyrzec się własnych korzyści, dobrobytu i władzy i zwrócić się ku biednym, poniżonym i cierpiącym. Ale czy tak właśnie postępował Kościół? Mój ojciec był robotnikiem, wiecznie bezrobotnym i pokornie wierzącym w Boga. Pobożnie obracał ku Niemu twarz, ale Kościół nigdy nie obrócił ku niemu swego oblicza. Pozostał samotny wśród bliźnich, samotny w łonie Kościoła, sam ze swoim Bogiem, aż do choroby i śmierci.

