Monika Szwaja
Cytaty
Jako prawdziwy artysta potrzebuję adoracji. Po prostu nie mogę żyć bez tego, żeby mi ktoś mówił, jaki jestem zdolny, śliczny i jedyny na świecie.
Wiesz, mała, na czym polega bycie dorosłym? (…) Na odpowiedzialności. Trzeba przewidywać skutki swojego postępowania.
Wieczerza toczyła się teraz w atmosferze sztucznej jak uroda większości pacjentek teścia Bożysława, przypomnijmy – chirurga plastycznego.
(…) lubiła być bogiem dla studentów. Lubiła to, że od niej zależeli, i bawiło, że się jej boją. Miała opinię siekiery, najostrzejszej na całym uniwersytecie. Takie rzeczy ważne są w życiu, dodają mu wartości. Władza – to cudowna rzecz! I nie ona pierwsza odkryła, że nie trzeba być królem, by mieć władzę.
– Miałeś romanse na boku?
Ojciec spojrzał z zastanowieniem i skinął głową.
– Tak. Ale to nie jest dobre wyjście. Zawsze robisz komuś krzywdę, cudów nie ma. Ja robiłem krzywdę tym na boku.
Wiesz, co jest jedną z nieodłącznych cech dorosłości? Samotność. W najważniejszych chwilach życia jesteśmy sami. (…) Nikt za ciebie nie zdecyduje, co zrobić. Musisz to wziąć na siebie.
Marcela uznała, że mama Edusia chyba lubiła bawić się w dom i nie wybawiła do końca w dzieciństwie. Nie miała zamiaru jej przeszkadzać, niech sobie babcia pichci, jak chce.
(…) przecież lekarz to też jest tylko człowiek, który się czegoś nauczył, więc w zasadzie każdy może się tego samego nauczyć.
Młodzi ludzie robią błędy i źle oceniają sytuację, właśnie dlatego, że są młodzi. Naszym zadaniem jest wam pomóc w kłopotach.
Pani Lilianna obejrzała ją fachowym okiem.
– Koczek. Na koczku toczek. Spod koczka loczek. Mała woalka. Albo nie. To do pani nie pasuje. To panią Agnieszkę bym tak widziała. Oczywiście bez loczka. Panią inaczej. Trochę podepnę, ale niech włosy opadają swobodnie. I na tym kapelutek w stylu lat dwudziestych. Z woalką.
– Ja myślałam, żeby całkiem skromnie…
– To będzie skromnie. – Artystka machnęła ręką. – Jakby pani chciała, to ja bym umiała nieskromnie… wyglądałaby pani jak królowa! Kiedy jeszcze teatr był prawdziwym teatrem i były pieniądze na scenografię, i na kostiumy, i na wielkie obsady… kiedy się grywało Szekspira i Wyspiańskiego, ohoho, umiałyśmy zrobić królową z najbrzydszej aktorki! A pani jest ładna i ma warunki; może by pani jednak zmieniła zdanie? Fajnie byłoby znowu pokombinować. Ślub to czasem jedyna okazja, żeby być królową.
– Królową matką od razu – mruknęła Michalina. – Nie, pani Lilu, bardzo dziękuję, ale ja jednak nie mam warunków. Umysłowych. Potykałabym się o berło i przez roztargnienie
zjadłabym jabłko…
– No to jeszcze korona by została – próbowała pertraktować mama B., jednak bez większej nadziei.
Pani Lilianna jako rasowa fryzjerka nienawidziła dredów, będących w jej przekonaniu wstydem i obrazą boską, nie zaś fryzurą godną człowieka kulturalnego!
Etniczne aspekty poskręcanych warkoczyków były jej absolutnie obojętne.
Taka jakaś wymogła blondaska. Miągwa makolągwa.





