Anna Czerwinska

Cytaty

  1. Te potężne zwierzęta wcale nie noszą dużo. Muszą być natomiast równomiernie obciążone, dlatego dla każdego trzeba przygotować dwa ładunki o wadze około 20 kg każdy. Tak załadowanemu jakowi można jeszcze na grzbiet dołożyć jakiś lekki a duży przedmiot, na przykład kanister lub materacyk.

  2. Obie te wyprawy pogrążyły mnie w morzu prac organizacyjnych oraz uświadomiły, jak trudno jest kierować zespołem silnych indywidualności, jakimi przeważnie są alpiniści.

  3. Muleros wiązali im nogi, zasłaniali oczy i dopiero wtedy można było na grzbiecie zwierzęcia umocować ciężar. Problem polegał na tym, że muł uwolniony z więzów z reguły uciekał przed siebie, usiłując po drodze wszystko pozrzucać. Zrozumieliśmy, dlaczego muleros podróżowali konno – łatwiej było im dogonić uciekiniera. Po chwili schwytany muł potulnie wracał do obozu i wszystko zaczynało się od nowa.

  4. Kilka szybkich ruchów i nagle ścianka skończyła się jak nożem uciął. Mimo że rakami stałam jeszcze w stromym lodzie, moje ręce opierały się już o płaską powierzchnię śnieżnej platformy. Nieco dalej dostrzegłam skalne płyty i niewielki, prawie regularny lodowy stożek. Wbity w lód sterczał na tle nieba kijek narciarski. Zwisała z niego spłowiała chorągiewka. (...) Ostrożnie wczołgałam się na platformę. po kilku krokach znalazłam się przy skałach na drugim jej końcu. Wyjrzałam, ale nie było już nic wyższego. Mount Vinson należał do mnie.(...)

    Wśród skałek odnalazłam metalową puszkę z umieszczonym w środku zwiniętym zeszytem. Z pewnym wzruszeniem otworzyłam go. Wpisy były różne. od suchych faktów – data, godzina, nazwisko, po entuzjastyczne zachwyty.

  5. K2 trzykrotnie odparło nasze ataki. W ostatniej wyprawie w 1986 roku do szczytu zabrakło nam 300 metrów na słynnym południowym filarze. Dwa biwaki powyżej 8000 metrów, walka z niekończącymi się trudnościami... a jednak odwrót, bo chociaż pragnęłyśmy wejść na K2, jak na żaden inny ośmiotysięcznik, to jednak nie byłybyśmy gotowe zapłacić za szczyt każdej ceny.

  6. Carstensz Pyramid nazwano szczytem trudnym politycznie. Pomijając kłopoty, które mogą pojawić się już w Dżakarcie, gdyż kraj jest niespokojny, dotarcie pod samą górę też nie jest łatwe. Trzeba bowiem albo przejść przez zupełnie dziką, trudno dostępną dżunglę, gdzie toczą się lokalne walki plemienne, których nikt nie kontroluje, albo (a ta droga jest znacznie krótsza) przejechać przez prywatne tereny amerykańskiej kopalni złota, miedzi i czegoś tam jeszcze.

  7. Obok wznosiła się mała turniczka, dosłownie oblepiona metalowymi lub kamiennymi tabliczkami. Przyjrzałam się napisom i ze zdumieniem stwierdziłam, że jest to rodzaj symbolicznego cmentarza, a na tych wszystkich tabliczkach widnieją nazwiska osób, które stały się ofiarą Elbrusa, Wkrótce zrozumiałam, dlaczego tak się działo. Wielu ludzi przychodziło tutaj, aby wejść na szczyt bez żadnego górskiego ekwipunku. Mieli jakieś płaszcze, marynarki, zwykłe miejskie buty, dżinsy. Tak ubrani padali oczywiście łupem zimna i śnieżycy.

  8. Środowisko polskich himalaistów było na początku lat dziewięćdziesiątych bardzo przetrzebione. Niektórzy porzucili bujanie w obłokach i zajęli się prozą życia, większość tych, których brakowało, pozostała jednak w górach.

  9. Jesteś teraz na Uhuru Peak (5895 m), najwyższym punkcie Afryki – zobaczyłam napis na wielkiej tablicy. Coś takiego! Ustawiłam się obok niej i Charles strzelił mi zdjęcie. Potem uroczyście otworzył metalową skrzynkę, wyciągnął mocno wymiętoszony zeszyt i króciutki ołówek. Z przyjemnością wpisałam swoje nazwisko. Był 10 września, godzina 8.30. Słońce, szczyt, łatwe zejście na dół. Bez żadnego stresu. Czysta radość. Tak zapamiętałam Kilimandżaro.

  10. Powyżej 7500 m, gdzie droga wiodąca północno – wschodnią grzędą wkraczała w mikstowy teren, teraz praktycznie nie było śniegu. Wylazł stromy, ruchomy piarg i miejscami kruche skały. Ukazały się wszystkie śmieci, pozostałości po obozach, stare liny, porzucone butle. Everest jakby się postarzał. Przykro było wspinać się po tym śmietnisku.

  11. W początkach mojego wspinania właśnie ocieranie się o śmierć, to ostrożne zaglądanie na drugą stronę, fascynowało mnie bardziej niż góry. Później zrozumiałam, że było to głupie. Żadna przygoda nie jest warta utraty życia. Długa lista moich przyjaciół pozostałych na zawsze w górach przeczyła jednak temu twierdzeniu.

  12. Na grzbiecie śnieg był odwiany i dostrzegłam zarys ścieżki obramowanej kamieniami. Trzymałam się jej wytrwale i wreszcie we mgle, przede mną, zamajaczył prostokątny kontur. Jeszcze kilka kroków i stanęłam przed brzydkim kamienno – betonowym postumentem z wmurowaną tablicą. Stałam na szczycie Góry Kościuszki – godzina 11.00.