Edward Stachura

Cytaty

  1. Znam takich, którzy wysiadają na jakiejś stacji albo wprost wyskakują z pociągu (…), żeby wejść w krajobraz, który ich nagle olśnił. Żeby być w nim. Wtopić się weń. Być jedną linijką, jednym wersem w tym wierszu.

  2. Teściowe, wie pan, są jak najwięksi poeci: Homer, Dante, Szekspir, Molier – bez narodowości. To znaczy, należą do wszystkich narodowości – powiedziałem kierowcy jakiś czas potem, kiedy już pruliśmy autostradą na Południe, ścigając się z wiatrem.

  3. Pół dnia rąbałem drzewo na podwórzu domostwa dwu dzielnych kobiet pomiędzy Obornikami Śląskimi (Ślicznymi, jak mówią niektórzy) a Trzebnicą. Był to piękny wiersz, ta wielka kupa porąbanego drzewa. Ogień tego wiersza wiele razy zaludni żywym, ciepłym blaskiem długie jesienne chłodne wieczory i krótkie mroźne poranki.

  4. Wszystko jest poezją, a najmniej poezją jest napisany wiersz; każdy jest poetą, a najmniej poetą jest poeta piszący wiersze: czy to jest też oczywistość? Jeszcze nie wiadomo. Wiele znaków na ziemi i na niebie wskazuje, że tak istotnie jest.

  5. Zapomniał ten albo ci, którzy wymyślili czasy proste i czasy złożone: praesens, imperfectum, perfectum, plusquamperfectum, futurum I, futurum II, inne czasy złożone, zapomnieli oni, którzy byli, więc są i będą, zapomnieli o jednym czasie, wieczystym, infinitus. Który odmienia się tak: ja być, ty być, on być, my być, wy być, oni być. Ciepłe nasze oddechy, którzy żyjemy, i zimne teraz oddechy wszystkich, którzy żyli, mieszają się ze sobą, całują i płyną razem po utartych szlakach, magistralach i wszystkich dzikich rubieżach czasu i przestrzeni.

  6. Trzeba pisać. Żeby zarobić na chleb. I na podróż do Patagonii. Albo na Alaskę. (…) O czym pisać? O wszystkim. O poezji zatem więc. Bo wszystko jest poezją, każdy jest poetą.

  7. Przypomniał mi się ten pan z Polonii norweskiej, który mi niedawno w Oslo opowiadał tak: – Ja, proszę pana, byłem w Polsce dwa lata temu i chciałem we Warszawie kupić pomidory. Handlarka kładzie mi pomidory do torebki, ale, proszę pana, same zgniłe. Ja rozumiem, że oni mają rozkaz od Rządu sprzedawać zgniłe pomidory, ale ja nie muszę kupować. I nie kupiłem. – Jasny gwint – mówię – to pan mieszka w Norwegii już trzydzieści lat, a ja mieszkam w Polsce już dwadzieścia pięć lat i pan wie więcej ode mnie, okazuje się. Ja, jej Bohu, nie wiedziałem tego, że sprzedawcy mają rozkaz od Rządu pakować klientom zgniłe pomidory. – No widzi pan. To jest tak: oni mają na straganach pomidory zgniłe i dobre, ale sprzedają te zgniłe, i zanim sprzedadzą te zgniłe, to te zdrowe przez ten czas zgniją, i tak to, proszę pana, cały czas w kółko sprzedają zgniłe.

  8. Ja zaś chciałem zauważyć pośpiech. Ten pośpiech pomiędzy ludźmi: cześć, jak się masz?, wszyscy w domu zdrowi? no, to cześć, muszę lecieć. I już pędzi nasz człowiek, a gdyby przystanął i chwilę pomyślał, toby się okazało, że wcale nie musi pędzić, ale pędzi, często sam nie bardzo wie gdzie, wymyślił sobie ten pośpiech, wydaje mu się, że w epoce lotów samolotami ponaddźwiękowymi on już nie może normalnie chodzić, tylko szybko musi chodzić albo biec, dał się złapać na ten lep iluzji, na tę nowoczesną muchołapkę „cap-cap”, że na widok przemykających ulicami miast samochodów, a ulicami nieba samolotów – należy prędzej oddychać, żeby być człowiekiem współczesnym.

  9. Pod wieczór mewy, znużone może, te nie znużone ptaki, całodziennym poruszaniem się po trzech żywiołach: powietrzu, wodzie i ziemi – obsiadły białymi chmarami lewy falochron wejścia do portu.

  10. Zaryzykowałbym twierdzenie, że różnica w funkcji poezji i nauki w życiu polega na stosunku do teraźniejszości. Poezja utrwala to, co istnieje. Przez dotknięcie. Żeby to zachować. Nauka analizuje teraźniejszość, żeby ją zmienić. Żeby poprzez analizę ukierunkować i ulepszyć przyszłość.

  11. Kłamstwo nie tylko wykrzywia myślenie, co często prowadzi do katastrofalnych skutków (patrz: Historia Ludzkości), ale i czasami wykrzywia uśmiech, co zaobserwowałem dokładnie u dwu osób. A nikt mi nie powie, że to wygląda ładnie, kiedy się ma wykrzywiony uśmiech.

  12. Jest 7 września. Świeci słońce. Żyją jeszcze, nie stracili jeszcze przymiotnika „żywy”: prezydent Salvador Allende, poeci: Pablo Neruda i Wystan Hugh Auden, filozof Gabriel Marcel, komik Fernand Raynaud i dziesiątki, setki, tysiące innych o nazwiskach nie znanych szerokiemu światu. Wszyscy oni już wkrótce umrą, powaleni przez mniej lub bardziej straszliwe choroby, zginą w wypadkach samochodowych i innych, zamordowani zostaną przez człekokształtnych.