Lilian Jackson Braun
Cytaty
Napój szczypał w język. Przypominał samą Cokey – był chłodnawy i łagodny, z nieoczekiwanym dodatkiem pikantnej nuty.
Najchętniej odbyłbym z Percym szczerą rozmowę, ale do niego trudno dotrzeć. Jest zaprogramowany, jak komputer. Uśmiecha się szczerze. Mocno ściska rękę. Mówi bardzo miłe komplementy. Ale gdy nazajutrz napatoczysz się na niego w windzie, to jakby cię w ogóle nie znał. Bo akurat tego dnia nie figurujesz w jego grafiku.
Włożywszy nowy krawat i lepszy ze swoich dwóch garniturów, Qwilleran z niepokojem pojechał do pierwszego studia wnętrzarskiego, przygotowując się na dużą dawkę luksusu.
Gdy wszedł do apartamentu, Koko powitał go tradycyjnymi pląsami, których finał rozegrał się na biurku. Na aparacie telefonicznym świeciła się czerwona lampka. Dzwoniono, zdawał się mówić kot, ale nie miał kto odebrać.
Syjamczyki potrzebują towarzystwa innych kotów. Inaczej wariują.
Mój kot bardzo lubi sok z winogron, szczególnie biały. I tylko najlepszej marki. Jest znawcą.
Koko [kot] poruszył się niepewnie. Jego ślepia przypominały wielkie zatroskane kałuże błękitu.
Otworzył wielki słownik, wyróżniający się daleko posuniętym stanem sfatygowania, po czym rozpoczęli swoją ulubioną grę. Polegała na tym, że kot wbijał pazury w kartki, a Qwilleran otwierał gruby tom we wskazanym miejscu, następnie czytał na głos pierwsze dwa hasła widniejące u góry strony. Jeśli Koko używał prawej łapy, Qwilleran wybierał hasła z prawej strony, ale na ogół kot posługiwał się lewą. Wszystko wskazywało na to, że jest mańkutem.
Z miną wyrażającą znudzenie i niesmak, uwydatnioną obwisłymi sumiastymi wąsami, Jim Qwilleran przygotował sobie kawalerskie śniadanie. Gorącą kranówą zalał kawę rozpuszczalną, aż na powierzchni zaczęły pływać brązowe grudki. Z wypełnionego okruchami chlebaka, w którym zagnieżdżała się powoli pleśń, wygrzebał pączka. Następnie rozpostarł papierową serwetkę na stole obok okna, którym wpadało przefiltrowane przez smog miejskie słońce, oświetlające ponure mieszkanie.
Tego wieczoru telefon zadzwonił ponownie. Tym razem w słuchawce rozbrzmiał głos Fran Unger.
– Cześć, Qwill, a jednak jesteś w domu!
– Owszem – odparł, obserwując uważnie Koko, który natychmiast wskoczył na biurko.
– A podobno byłeś umówiony na mieście.
– Wróciłem wcześniej, niż się zanosiło.
– Jestem w klubie prasowym – wyszeptała Fran zmysłowym głosem. – Może wpadniesz? Wszyscy tu jesteśmy. Szykuje się niezła popijawa.
– Spadaj! – warknął Qwilleran do Koko, próbującego kręcić tarczą za pomocą nosa.
– Coś ty powiedział?
– To nie do ciebie, tylko do kota – wyjaśnił Qwilleran i pchnął Koko, ale ten zmrużył groźnie ślepia, stawiając opór i knując następne niecne posunięcie.
– No właśnie – ciągnęła pieszczotliwie Fran Unger -a kiedy zaprosisz mnie do siebie, żebym poznała tego twojego Koko?
– Miau! – zapiszczał kot w prawe ucho Qwillerana.
– Zamknij się!
– Co?
– Jasna cholera! – krzyknął rozeźlony dziennikarz, bo Koko strącił na podłogę popielniczkę wypełnioną popiołem z fajki.
– No cóż – rzekła Fran Unger lodowatym tonem. – Muszę powiedzieć, że twoja gościnność jest porażająca!
– Posłuchaj, Fran. W tej chwili nie za bardzo mogę gadać, bo kot strasznie broi. – Już miał wyjaśnić, co się stało, ale usłyszał trzask na linii. – Halo? Halo?
Odpowiedzią była martwa cisza, a potem ciągły sygnał. Połączenie zostało przerwane. Koko mocno dociskał łapą widełki.
Było dwadzieścia po szóstej wieczorem, kiedy reporter policyjny zjawił się z dwoma kolegami z Wydziału Zabójstw: Hamesem i Wójcikiem.
– Czy to pan ma tego kota, co umie czytać? – zapytał Hames.
– On nie tylko potrafi czytać – rzekł Qwilleran – ale, co więcej, czyta wspak. Niech pan się nie śmieje, wyślę go do Akademii FBI, jak podrośnie, i wtedy może zająć pańskie stanowisko.
Dlaczego gazety muszą mieć tak przesłodzone nazwy jakby z dziewiętnastego wieku?



