Tego wieczoru telefon zadzwonił ponownie. Tym razem w słuchawce rozbrzmiał głos Fran Unger. – Cześć, Qwill, a… — Lilian Jackson Braun

Tego wieczoru telefon zadzwonił ponownie. Tym razem w słuchawce rozbrzmiał głos Fran Unger.

– Cześć, Qwill, a jednak jesteś w domu!

– Owszem – odparł, obserwując uważnie Koko, który natychmiast wskoczył na biurko.

– A podobno byłeś umówiony na mieście.

– Wróciłem wcześniej, niż się zanosiło.

– Jestem w klubie prasowym – wyszeptała Fran zmysłowym głosem. – Może wpadniesz? Wszyscy tu jesteśmy. Szykuje się niezła popijawa.

– Spadaj! – warknął Qwilleran do Koko, próbującego kręcić tarczą za pomocą nosa.

– Coś ty powiedział?

– To nie do ciebie, tylko do kota – wyjaśnił Qwilleran i pchnął Koko, ale ten zmrużył groźnie ślepia, stawiając opór i knując następne niecne posunięcie.

– No właśnie – ciągnęła pieszczotliwie Fran Unger -a kiedy zaprosisz mnie do siebie, żebym poznała tego twojego Koko?

– Miau! – zapiszczał kot w prawe ucho Qwillerana.

– Zamknij się!

– Co?

– Jasna cholera! – krzyknął rozeźlony dziennikarz, bo Koko strącił na podłogę popielniczkę wypełnioną popiołem z fajki.

– No cóż – rzekła Fran Unger lodowatym tonem. – Muszę powiedzieć, że twoja gościnność jest porażająca!

– Posłuchaj, Fran. W tej chwili nie za bardzo mogę gadać, bo kot strasznie broi. – Już miał wyjaśnić, co się stało, ale usłyszał trzask na linii. – Halo? Halo?

Odpowiedzią była martwa cisza, a potem ciągły sygnał. Połączenie zostało przerwane. Koko mocno dociskał łapą widełki.

Źródło: Wikicytaty · CC BY-SA 4.0