Bezmiar intencji zaczął szeleścić.Dech w nim zaszumiał oraz wilgoć powstała. I była to para doskonała… — Krzysztof Niewrzęda
Bezmiar intencji zaczął szeleścić.Dech w nim zaszumiał oraz wilgoć powstała. I była to para doskonała. Przeogromne dominium spłodziła i jego sklepienie, w którym niebotyczna zawierała się siła. Ona to właśnie zrodziła blask rozświetlający dni, a po nim wroga wszystkiego i wszystkich przyjaciela, który się objawiał w rozlicznych wcieleniach.
s. 34Źródło: Wikicytaty · CC BY-SA 4.0
Więcej z tej książki
Zdania się krystalizowały, przemierzając śniegu zwały, żeby dotrzeć w niedostępne rejony i nazwać to, co nienazwane było do tej pory. Niepewne swojego znaczenia utykały wszakże, na granicy urojenia i starały się przyjąć formy odpowiednie. Nie takie jednak, by się nimi napawać w swym sednie. Tylko takie, które były podporządkowane ich celowi bezwiednie i stanowiły środek wyrazu migotliwej treści przekazu. Same dla siebie zatem zdania były właściwie nie do rozpoznania. Za każdym razem inaczej się interpretowały i w zależności od sąsiedztwa swój sens zmieniały, odkrywając przy tym utajone powinowactwa, opisywały je jak bogactwa. I zagłębiały się w tej obfitości, odbiegając całkiem od rzeczywistości. Szadzią się pokrywały. W zaspach grzęzły. Na polach firnowych ślizgały. I w końcu z zimna zdrętwiały. Stopniowały już tylko ziąb jedynie, nawarstwiając zamiecie i kurniawy na zmarzlinie. Bo pod oblekającym je szronem, stawały się coraz bardziej usztywnione. Nawet te, które dopiero zaczęły się wyłaniać. Wszystkie więc popękały z powodu drgania, w jakie je wicher wprowadzał. I wnet zanikła meritum władza. Zdania nie miały już bowiem zdolności przekonywania, gdyż niczym sople się połamały, uderzając o grunt stwardniały i utraciły idee, które je spajały.
s. 28
Klatka piersiowa starej kamienicy rytmicznie rzęziła, chybocząc skrzelami okiennic. Matowe światło spływało z nabrzmiałego pęcherza żarówki na oślizgłe żebra poręczy i spierzchnięte ściany. W cuchnącym oddechu szeleściły płatki łuszczącej się farby. Drżały mięśnie schodów. Raz za razem mlaskał lepki nabłonek krwistej podłogi. Zza pękniętych drzwi dochodził skwar i śmiechy. Stargane grzmiały bebechy. W ich wnętrzu pisarze się bawili. Gadali, palili i wódkę pili.
s. 37
Zegar chodził, lecz potykając się co sekundę, rozsiewał zwątpienie. Bo co sekundę przystawał jakby. Na chwilę. Niewielką. Prawie niezauważalną. Wystarczająco jednak długą, by uznać, że stanął na zawsze; że nigdy już nie poruszy choćby jedną ze swoich wskazówek. Każda z takich chwil budziła więc niepokój. Groziła bowiem utrudnioną orientacją w czasie. Lub wręcz utratą tej orientacji. Niczym w stanie odurzenia, kiedy to wnioski wysnuwane z przesłanek podporządkowane są omamom. Kiedy radości mylą się z zachwytami, a smutki z tragediami. Kiedy faktyczne intencje zanikają we wszechogarniającym przejaskrawieniu. Straszyła dezorientacją i niespójnością. A także nadmierną kondensacją treści – mnożeniem się jej utajonych elementów wynikającym z tego, iż jakikolwiek detal w każdym momencie mógł zostać zaakcentowany w dowolny sposób. Zatrważała koniecznością przekładania każdego przedmiotu, działania lub pojęcia i każdej postaci na idee i znaczenia. W jednej z takich chwil gwałtowny powiew myśli porwał materię, która pomknęła przez przestrzeń, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu.
s. 6

