Zegar chodził, lecz potykając się co sekundę, rozsiewał zwątpienie. Bo co sekundę przystawał jakby. Na… — Krzysztof Niewrzęda

Zegar chodził, lecz potykając się co sekundę, rozsiewał zwątpienie. Bo co sekundę przystawał jakby. Na chwilę. Niewielką. Prawie niezauważalną. Wystarczająco jednak długą, by uznać, że stanął na zawsze; że nigdy już nie poruszy choćby jedną ze swoich wskazówek. Każda z takich chwil budziła więc niepokój. Groziła bowiem utrudnioną orientacją w czasie. Lub wręcz utratą tej orientacji. Niczym w stanie odurzenia, kiedy to wnioski wysnuwane z przesłanek podporządkowane są omamom. Kiedy radości mylą się z zachwytami, a smutki z tragediami. Kiedy faktyczne intencje zanikają we wszechogarniającym przejaskrawieniu. Straszyła dezorientacją i niespójnością. A także nadmierną kondensacją treści – mnożeniem się jej utajonych elementów wynikającym z tego, iż jakikolwiek detal w każdym momencie mógł zostać zaakcentowany w dowolny sposób. Zatrważała koniecznością przekładania każdego przedmiotu, działania lub pojęcia i każdej postaci na idee i znaczenia. W jednej z takich chwil gwałtowny powiew myśli porwał materię, która pomknęła przez przestrzeń, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu.

s. 6Źródło: Wikicytaty · CC BY-SA 4.0

Więcej z tej książki

Wszystkie cytaty z tej książki