A więc jidysz… (…) Znasz kawał o Żydzie, który gada, gada… Gada godzinami, aż wreszcie stwierdza: „W końcu… — Gilles Rozier
A więc jidysz… (…) Znasz kawał o Żydzie, który gada, gada… Gada godzinami, aż wreszcie stwierdza: „W końcu chyba jednak nie”. To właśnie lubię w tym języku: on nie wierzy sam w siebie.
s. 365Źródło: Wikicytaty · CC BY-SA 4.0
Więcej z tej książki
Jestem właścicielką tego domu, wydałam dyspozycje, aby opłaty za wodę, gaz, elektryczność, koszty eksploatacyjne były potrącane z mojego konta bankowego. Po śmierci mam się z czego utrzymywać przez całe lata: informatyka pozwala umrzeć cichcem, maszyny nas nie potrzebują, aby zarządzać naszymi egzystencjami. Możemy zniknąć, a one nadal pracują zgodnie z programem, jaki do nich wprowadzono.
s. 33
(…) zacząłem sobie uświadamiać, że lubię cmentarze – te miasta, których mieszkańcy już nam nie przeszkadzają.
s. 393
To nie przemoc i agresja były najgorsze, tylko ta straszliwa nienawiść, która wzbierała w sąsiedzie niczym soki w drzewie na wiosnę. Zabójca twojej matki – ten, który wymachiwał pałką, aby wybić szyby w twoich oknach i zrabować twoje świeczniki, był człowiekiem, który kilka dni wcześniej kupił u ciebie parę śledzi. Ten, który ci sprzedawał drewno, roztrzaskiwał czaszkę twego brata. Mało tego, kiedy wszystko się uspokajało, kiedy pochowano zmarłych albo nie udało się ich pogrzebać, trzeba było żyć wśród sąsiadów: morderców, donosicieli, pośród tych, którzy odwracali wzrok. Trzeba było znów chodzić na targ i sprzedawać śledzie temu, kto parę dni wcześniej zadawał ciosy.
s. 155

