Ewa Białołęcka
Cytaty
A już najbardziej ciekawiły ją pieniądze – w żaden sposób nie mogła pojąć, że można pożądać czegoś tak nieprzydatnego. Po raz pierwszy w głowie mi postało, że ona ma chyba rację. Samo w sobie złoto jest zupełnie do niczego. Za miękkie, żeby z niego zrobić narzędzia, za twarde, żeby na nim spać. Do żarcia się nie nadaje, im go więcej, tym cięższe i człowiek bardziej się boi, że mu ukradną. Właściwie to nie złota się pragnie, tylko tego wszystkiego, co za nie można dostać.
Pamiętałam, że Eril czasem mówił „bóg wynagrodzi” albo „jak bóg da” czy „boże zlituj się…”. Wywnioskowałam, że takie „bogi” chodzą za ludźmi (w dyskretnej odległości, bo żadnego nigdy nie dostrzegłam) i są raczej przyjaźnie nastawione.
(…) znów sięgnęła do kartonika, wyciągając parę koronkowych majteczek. Były bezwstydnie skąpe – właściwie kawałek jedwabnej szmatki ze sznureczkami. Starsza pani von Selerberg wolałaby umrzeć, niż włożyć coś takiego. Młodsza zgodziłaby się umrzeć, ale po przymiarce.
Łatwo mógł sobie wyobrazić jak ta… (…) ta Selerberg zrywa z niego ubranie i gwałci go tu na stole, publicznie… wśród półmisków z purèe ziemniaczanym i groszkiem z marchewką.
– Nie żyje? – wyszeptał Ricky, nachylając się nad nieruchomą Kamillea.
Kiedy milczała, wydawała się dużo bardziej atrakcyjna.
– A zamawiałeś zabójstwo?
– Nie – bąknął chłopak.
– No to nie zadawaj głupich pytań.
Jako człowiek bywały w świecie znał słowo „moda” i wiedział, że oznacza kiecki, czepeczki i takie tam różne fatałaszki, stanowiące treść życia jego żony i córek.
– Zabójstwo dla pieniędzy! – W głosie smoka brzmiała okropna pogarda. – Rzeczywiście, nie popisał się. Ale skąd wam przyszło do głów, że tu można wynająć likwidatora, ot, tak sobie?
– Przecież tu pracują smokobójcy?
– A na szyldzie mamy MOD – Miejski Oddział Drakonizacyjny, czy MOPS – Miejski Oddział Pieprzonych Smokomorderców?
– Tradycja… Tradycja… Najważniejsza jest tradycja – ciągnął Rufus w zamyśleniu. – Znaczy się ty dziedziczysz po mnie, ja wziąłem ten interes po tatusiu, a tatko po dziadku i… no, tradycja po prostu. Bo jak nie będzie tradycji, to nie będzie…
– Tradycji – dopowiadał zrezygnowany Rinaldo von Selerberg (dla kolegów po prostu Ricky).
– Kocham ja! – oznajmił z mocą Rinaldo (wciąż na klęczkach). – Jest moją jedyna miłością. Moją muzą, moim gołąbkiem, zdrowiem i pokojem, i przedpokojem oraz garderobą przy sypialni… – Czuł, że coś chyba nie tak idzie, wyciągnął więc oskarżycielsko palec w stronę ochmistrzyni. – Precz, stara kobieto! Nie nękaj kochanków, co pod jaworem składają głowy na róż posłaniu!
– Co to było? Ten proszek.
– Pył wróżek.
– Myślałem, że po tym się fruwa.
– Błąd pojęciowy. Nie fruwa, tylko odlatuje – wyjaśniła Gladys.
– Jakiś mały gwałt, chłopcy?
Brodaci, kosmaci i modnie uszargani „chłopcy” zmierzyli nieufnymi spojrzeniami matronę w zaawansowanej ciąży, nastolatkę w bryczesach i krasnoludzkich glanach oraz surową damę, wyglądająca jak nauczycielka dobrych manier w prywatnej szkole dla trolli. Na tych kawałkach twarzy, które były widoczne spod zarostu, odmalowało się głębokie zwątpienie.
– Eeee… szefie, kiedy dziś świętego Bonawentury, no i… no, nie wypada gwałcić w święto – wykrztusił mniej brodaty, za to przyozdobiony pięknym zezem. Reszta drużyny zgodnie go poparła, że tak, jasne, oczywiście, jak tak można, nie wypada gwałcić w dzień tak poważanego patrona, jak święty Bonawentura…
Brokuł na talerzu Margerity otworzył parę zielonych ślepek i zmierzył ją podejrzliwym spojrzeniem.

