Ewa Białołęcka
Cytaty
– (…) O czym ja mam z nią rozmawiać?
– Ty nie masz z nią rozmawiać, tylko mieć dzieci – uświadomił go ojciec brutalnie, po czym, przypominając sobie własne odczucia sprzed dwudziestu lat, kiedy poznał swoją Wincente, dodał pocieszająco: – W końcu od czegoś są kochanki.
Rinaldo von Selerberg skradał się między bujnymi krzewami róż herbacianych w zamkowym ogrodzie. Jego serce tłukło się rozpaczliwie w klatce jego… klatki piersiowej oczywiście. (…) Ricky czuł pierwsze młodzieńcze oczarowanie. (Te poprzednie były de facto zupełnie nieważne, przelotne i jak się właśnie okazało, nieprawdziwe).
Kochał! Kochał! Ach, jak kochał… Nieco stresujący był fakt, że nie wiedział, kogo właściwie kocha, ale tak w ogóle stan wydawał się nawet dość przyjemny.
– Wilkołąk – powiedziała Margerita z kamiennym wyrazem twarzy.
– Wilkołak? – Ricky zamrugał nieco zdezorientowany. – Gdzie?
– Tu. Skup się. Wilkołąk.
– Wilkołak.
– Wil-ko-łĄk!! – wrzasnęła Marge. – Której litery nie rozumiesz?
– No, tej przedostatniej.
– Wiedziałam… – Margerita westchnęła (…).
Margerita, dysząc ciężko, wpatrywała się w drzwi, na których ciężkie hantle zostawiły całkiem wyraźne wgłębienie.
Na Morganę, szkoda że nie trafiłam tego kretyna, pomyślała, ale natychmiast się poprawiła: kurcze, dobrze, że nie trafiłam, bo bym go zabiła.
– Ona przynajmniej ma na czym nosić stanik, w przeciwieństwie do niektórych obecnych tu osób. A tak przy okazji, przysłali ci już ten eliksir na powiększenie atrybutów, który onegdaj zamówiłaś? – ciągnęła Persefona, a w jej tonie czaiły się aluzje zakrwawionych ostrzy, trucizn i dołów ze skorpionami.
– Czego? – najeżyła się Lawinia.
– Cycków, Boyd, cycków – rzuciła Persefona niedbale, przewracając stronę. – Przepraszam, powinnam mieć na uwadze, żeby się do ciebie zwracać twoim językiem. Każdemu według potrzeb jego.
W twoich głębiach uczuciowych nawet mysz by się nie utopiła. Masz wrażliwość sztachety.
– To skandal! Po prostu skandal!!! – zagrzmiał Kaufmann. (…)
Trawa na boisku była jasna, krótko przycięta, więc tym bardziej odcinało się od niej jaskrawozielone hasło, wypisane za pomocą sporej wielkości roślin, przypominających potargane anemony, z których wyrastały grube, poskręcane pędy, wyginające się w litery.
LAWINIA BOYD TO DZIFKA
– Ma pan racje – rzekła madame Flageolet. – Prawdziwy skandal, koniecznie musimy w tym roku położyć większy nacisk na ortografię.
Lilith Lukrecja Astaroth na określenie „diabeł” odparłaby zjadliwie, że diabły występują w jasełkach, a jej rasę nazywa się „demonami”. Z kolei Leonardo de Vill radośnie przyznałby się do diabelstwa, nałożył pulsujące światełkami rogi i zaprosiłby nas na zimne piwo do pubu U Stalina. Może więc lepiej zostawić sprawę przynależności rasowej na kiedy indziej. Powszechnie uważa się, że diabły… demony… no, te istoty na D, żyją w piekle, czy może w Piekle – zależy to od indywidualnych zapatrywań religijnych danej osoby. W rzeczywistości jednak jedynym „piekłem” jest tam HELL, czyli Heurystyczna Ekspozytura Logiczno-Logistyczna, gdzie pracują Lill i Leo.
Rita była solidnym kawałkiem kobiecości. Jej nie bałby się wziąć za rękę podczas spaceru. Albo objąć i spojrzeć w te błękitne oczy. I może nawet… pocałować?
Renaud wstrząsnął się i spojrzał z konsternacją w dół. Do licha… Osiemnaście lat to naprawdę kłopotliwy wiek. Zdecydowanym ruchem sięgnął do kranu i zmienił prysznic z ciepłego na lodowaty.
– Posól się – odrzekł smok.
– Że co?
– POSÓL!
– Chyba „pieprz się”?
– Jak ci wygodniej – parsknął smok gdzieś spomiędzy zieleni.
– Loussier – odezwała się Selerberg z przekąsem. – Czy ty chciałeś się ze mną bić, czy mnie obmacywać? Bo na razie ruszasz się jak mucha w miodzie.
Obmacywać, pomyślał Renaud, leżąc na podłodze i licząc gwiazdy. Tfu! Co mu chodzi po głowie? Kretyn…
– Mam cię zebrać szufelką?
Nad chłopcem tkwiło surowe oblicze Margerity von Selerberg i para jej… jej… tych…
– Masz… masz piękne… – usłyszał sam siebie i z ogromnym wysiłkiem usiłował wtłoczyć z powrotem ociekające mu z ust słowa. – Piękne tricepsy – jęknął.
Margerita spłonęła rumieńcem jak polna różyczka.
– (…) Nikt mnie nie kocha!… To znaczy mama i tata mnie kochają – dodała rzeczowo. – I Mruczuś… Ale to jest straszne, żeby być obiektem uczuć koootaaaa… – zaszlochała znowu.

