Stanisław Pagaczewski
Cytaty
Jesteśmy w górach, a górskie powietrze sprzyja dobremu apetytowi, istnieje mądre dzieło na ten temat, napisane przez magistra Janka z Zabierzowa. Stara to wprawdzie książka, ma już ponad sto lat, ale niezwykle mądra.
– Dobranoc – mruknęło coś od strony łóżka Bartoliniego.
– Dobranoc – wyziewnął z siebie doktor Koyot, obrócił się na prawy bok i chrapnął.
Każdy astrolog jest trochę dziwakiem.
– Co za kraj – szepnął do siebie. – Ani kropli deszczu od piętnastu godzin!
Stwierdziwszy, że nikt go nie widzi, wyjął z kieszeni płaszcza gumowy woreczek napełniony wodą i polał sobie głowę wraz z ramionami.
– No, już mi trochę lepiej – pomyślał. – A teraz w drogę!
Wiesz dobrze, że od czasu ostatniej wyprawy do Kraju Smutnego Kaktusa postanowiłem zerwać z podróżami i poświęcić się dokonywaniu wynalazków. Jestem właśnie na najlepszej drodze do skonstruowania zdalnie sterowanej i niezwykle ekonomicznej polewaczki.
(…) słyszałem, że Deszczowcy większą część życia spędzają w basenach wypełnionych deszczówką.
Dowódca bandy otarł łzą z oka.
– Wiem, że wyglądamy okropnie – powiedział ze smutkiem – ale weź pod uwagę, że jesteśmy kawalerami i nie mamy nikogo, kto by mógł dbać o nasz wygląd. Najwięcej kłopotów przysparzają nam pourywane guziki. Cerowanie skarpetek to także problem dużej wagi, nie mówiąc już a prasowaniu koszul. Jesteśmy pionierami nowego typu zbójnika, musimy więc ponosić pewne konsekwencje. Podróżny, napotkany przez nas na drodze, nie może odjechać z pustymi rękoma. Obdarowujemy każdego, czy chce, czy nie chce. Chodzi nam o reklamę. W ten sposób, prędzej czy później, książę Krak dowie się o naszej działalności i być może, przydzieli nam jakąś skromną subwencję ze skarbu państwa. Przeznaczę ją w pierwszym rzędzie na zakup większej ilości guzików i agrafek.
Bardzo, bardzo dawno temu Smok Wawelski był dość dziki. Wtedy pożerał ludziom krowy, owce, barany, a nawet kury i kaczki. Szkody czynił wielkie, więc pewien szewc imieniem Skuba postanowił go zgładzić. W tym celu podrzucił mu barana nadzianego jakimiś paskudnymi przysmakami w postaci smoły, siarki, pieprzu, papryki i tłuczonego szkła. Smok barana zjadł i strasznie się po tym przechorował. Takie miał pragnienie, że wypił wodę z Wisły i okolicznych stawów. Jego ryki było słychać aż do Puszczy Niepołomickiej, która daleko za grodem Kraka leży. Ale wyzdrowiał i odtąd nie bierze do pyska ani kawałka mięsa. Zmienił się tak, że ludzie go polubili. Z biegiem lat począł się ubierać na wzór ludzki, a także bardzo szybko nauczył się ludzkiej mowy.
Gdybyśmy mieli oceniać ludzi na podstawie ich ulubionych potraw, musielibyśmy twierdzić, że nasz książę jest narodowości węgierskiej, ponieważ przepada za gulaszem z papryką.
Cisza panowała tak wielka, że Smok słyszał uderzenia własnego serca. Pomyślał więc sobie:
– Oto czas na pisanie wierszy.
Książę usiadł więc na stole i zaraz począł machać nogami jak mały chłopiec. W mieszkaniu Smoka czuł się młodszy o trzydzieści lat i chętnie zapominał o swej książęcej godności. Żeby już nic nie brakowało mu do szczęścia, wyjął z kieszeni dwa lizaki. Jednym poczęstował Smoka, drugi włożył sobie do ust z wyrazem niewysłowionej błogości.
Najchętniej napiłbym się gorącego mleka. To bardzo zdrowe i pożywne.

