Słysząc alarm i widząc mrugające na konsoli kolorowe światełka, prezydent ucieszył się, że udało mu się… — Joseph Heller
Słysząc alarm i widząc mrugające na konsoli kolorowe światełka, prezydent ucieszył się, że udało mu się wreszcie coś uruchomić. Zadowolony z siebie odchylił się i dopiero po jakimś czasie dotarło do niego, że nie ma pojęcia, jak zatrzymać to, co zapoczątkował. Bezskutecznie naciskał wszystkie guziki.
(...) – To działa – oświadczył uśmiechając się prezydent. – Widzicie? Podobnie jak ta gra obok.
(...) – Wystrzelił pan wszystkie nasze rakiety!
– Wysłał pan nasze samoloty!
– Ja je wysłałem? Dokąd?
– Wszędzie! Tym czerwonym guzikiem, który pan wciąż naciska!
– Tym? Nic o tym nie wiedziałem.
– Niech pan go już więcej nie dotyka!
– Skąd miałem wiedzieć? Wezwijcie je wszystkie z powrotem. Powiedzcie, że bardzo mi przykro. Nie zrobiłem tego naumyślnie.
– Nie możemy wezwać z powrotem rakiet.
– Ale możemy wezwać z powrotem bombowce.
– Nie możemy wezwać z powrotem bombowców! Przypuśćmy, że ktoś zastosuje kroki odwetowe. Musimy załatwić ich pierwsi.
– Nic o tym nie wiedziałem.
– Musimy także wysłać wszystkie nasze bombowce drugiego uderzenia na wypadek, gdyby zechcieli podjąć kroki odwetowe po naszym pierwszym.
– Chodźmy, panie prezydencie. Nie mamy ani chwili do stracenia.
– Dokąd?
– Do podziemi. Do schronów. Triage... nie pamięta pan?
– Jasne. Grałem w to, zanim nacisnąłem ten guzik.
– Niech to wszyscy diabli! Z czego pan się, do cholery, śmieje?
– Nie ma w tym, kurwa, nic śmiesznego!
– Skąd miałem wiedzieć?
– Szybciej! To my jesteśmy tymi, którzy muszą przeżyć.
s. 545Źródło: Wikicytaty · CC BY-SA 4.0
Więcej z tej książki
– Wszystko, co widzicie, panowie, na tych rysunkach, jest zgodne z rzeczywistością – kontynuował Milo – z wyjątkiem tego, co jest z nią niezgodne. Nie chcemy pokazać niczego, co pozwoliłoby innym zneutralizować albo skopiować naszą technologię. To chyba rozsądne posunięcie, generale Bingam?
– Absolutnie, Milo.
– Ale w jaki sposób mamy się dowiedzieć – protestował grubas z Departamentu Stanu – jak naprawdę wygląda ten samolot?
– Dlaczego, kurwa, musi pan to wiedzieć? – odparował Wintergreen.
– Jest niewidzialny – dodał Milo. – Dlaczego chce go pan koniecznie zobaczyć?
– Domyślam się, że nie musimy tego wcale wiedzieć, prawda? – zgodził się generał brygady, spoglądając w stronę admirała.
– Po co mamy to wiedzieć? – dziwił się ktoś inny.
– Wcześniej czy później – denerwował się chudy stronnik Strangelove'a – będzie chciała wiedzieć o tym prasa.
– Pierdolę prasę – odparł Wintergreen. – Pokażemy im te obrazki.
– Czy są prawdziwe?
– A jakie to ma, kurwa, pierdolone znaczenie, czy są prawdziwe, czy nie?! – pieklił się Wintergreen. – Kiedy odkryją, że ich okłamaliśmy, będą mieli co najwyżej kolejną pierdoloną sensację.
– Zaczyna pan nareszcie, kurwa, mówić językiem, który rozumiem – oświadczył adiutant komendanta piechoty morskiej.
s. 302
– Pańskie pierdolone fotele katapultowe znajdowały się pierwotnie w planach dla pierdolonego starego stealtha. Z naszych raportów wynika, że podczas prób rozrywały na kawałki manekiny.
– Możemy dostarczyć tyle manekinów, ile pan potrzebuje – oświadczył Milo.
Grubas wywrócił się i rozbił sobie nos.
– Mojego poprzednika niepokoił, jak sądzę – wtrącił dziekan wydziału nauk humanistycznych i społecznych Akademii Wojennej – los ludzi, a nie manekinów.
– Możemy dostarczyć mu tylu ludzi, ilu potrzebuje.
Chudzielec zgłupiał, a Grubas zapomniał języka w gębie.
– Interesuje nas ich bezpieczeństwo. Twierdzi pan, że pańskie maszyny mogą pozostawać w powietrzu przez długi czas, być może nawet przez całe lata. Nasze maszyny z ludźmi na pokładzie muszą być zdolne do powrotu.
– Po co?
– Po co?
– Tak, po co?
– Po co mają wracać?
(...) – Dokąd miałyby wracać, ty kutasie? – zapytał Wintergreen. – Tutaj również nie zostanie przecież kamień na kamieniu.
s. 306
Teemer, pryncypialny, pracowity i melancholijny, stanowił; jak ujął to Yossarian, kolejną ofiarę prowadzonej przez samego siebie wojny z rakiem. Wyznawał teraz pogląd, że żywe komórki nowotworowe i ginące społeczeństwa reprezentują tę samą jakość. Wszędzie widział nowotwory. To, co widział w komórce, odnajdywał w powiększonej skali w organizmie, a to, co zachodziło w człowieku, widział odwzorowane na poziomie grupy społecznej. Był zwolennikiem kontrowersyjnego poglądu – tak samo jego zdaniem zdrowego i ekspansywnie się rozprzestrzeniającego jak złośliwa tkanka, w której badaniu się specjalizował – że wszelkie mnożące się w niepowstrzymany sposób zgubne ekscesy są równie normalne i nieuniknione jak rozrost złośliwych komórek, które znał z życia zwierzęcego i roślinnego.
s. 474

