Joanna Fabicka
Cytaty
Dowiedziałem się też, że lista polskich afer gospodarczych rozszerzyła się o aferę biopaliwową, farmaceutyczną i zbożową. Rozumiem z tego, że samochody będą teraz jeździć na oleju rzepakowym, refundowane będą tylko leki produkowane w domu przez konkubinę byłego ministra zdrowia, ktoś zjadł sześćdziesiąt cztery tony zboża z rządowej rezerwy na wypadek klęski głodu. Podobno James Bond.
Ponieważ mój wieloletni pecet nie chciał odpalić, zadzwoniłem do domu. Potrzebowałem fachowych instrukcji Gonzo. Po sześciu sygnałach nikt nie podniósł słuchawki. Włączyła się tylko automatyczna sekretarka i głosem mamy przyjaźnie obwieściła:
– Tu mieszkanie Gąbczaków. Nie chce nam się odebrać, więc zostaw wiadomość.
– Po długim sygnale – dodał ojciec. – Albo po krótkim – zastanawiał się.
Przez chwilę była cisza.
– Krystyna! – dało się słyszeć po chwili. – Po długim czy po krótkim?
– Nie zawracaj mi gitary! – odkrzyknęła mama z daleka. – Kogo to obchodzi? Ważne, żeby się streszczał i spadał.
Tyle razy namawiałem ich, by zmienili nagranie. No przecież to się nie mieści w głowie! Wychodzimy na jakichś głupków.
Lał ją też częściej i mocniej w nadziei, że się tu i ówdzie wyklepie i nie będzie już taka płaska na gębie, bo okrutnie go to mierziło.
Dzwoniłem już piętnaście razy do szkoły (z czego dziesięć anonimowo), żeby potwierdzić tę kapitalną informację. Wreszcie zniecierpliwiona pani w dziekanacie powiedziała:
– Słuchaj, chłopczyku, ile razy mam ci powtarzać, że się dostałeś? Jeśli masz takie problemy z pamięcią, to nie wróżę ci u nas kariery. – I zanim rzuciła słuchawkę, usłyszałem jeszcze, jak syczy do kogoś: – Naprzyjmują idiotów, a my tu potem mamy krzyż pański.
Polska to piękny kraj, może trochę… chory, ale na pewno będzie wam tu dobrze.
Ciągle muszę znosić jej docinki. Jest taka gruboskórna…
Wiem, bo kiedyś położyłem jej na krześle pinezkę i nic nie poczuła!
Ciągle żyję, ale nie jestem tak naiwny, żeby sądzić, że będzie to trwało wiecznie.
W szkole poszedłem do pokoju nauczycielskiego, przeprosić, że zawiodłem ich nadzieje i nie wystartowałem w konkursie poetyckim. Wydawali się pełni zrozumienia. Matematyk powiedział, głaszcząc mnie po włosach:
– I dzięki Bogu!
A potem wytarł sobie rękę chusteczką higieniczną.
Wróciłem właśnie z wiecu przedwyborczego kompletnie zdezorientowany politycznie. Tłum przewalał się od jednej ambony do drugiej, każda była oklejona hasłami w stylu: „Z lewicą na lewo”, „Z prawicą na prawo”, „Z Partią Przyjaciół Piwa zygzakiem”. „Teraz my, teraz wy, teraz oni!” A teraz to już zupełnie nie mogę się połapać, kto jest kto. Rozpoznałem tylko tego posła, który został niedawno dźgnięty nożem, a potem nie chciał ujawnić sprawcy, mówiąc, że jego dźgnięty brzuch, tak jak i jego macica, należy do niego.
Wyrzuciłem te cholerne śmieci mimo sugestii mamy, że za parę dni same sobie pójdą. Jej poczucie humoru wyciągnęłoby z trumny umarlaka.
Nie wiem tylko, czy w razie ataku sprostam pokładanym we mnie nadziejom. Nie jestem przecież Olbrychskim, żeby sobie dać radę z bandą rozwydrzonych porywaczy!
Mam dziś kiepski humor. Idę więc z Elką na USG. Zawsze to jakaś rozrywka.







