Clifford Stoll
Cytaty
Komputerowe sieci udostępniają ogrom danych. Ich wielkość dawno przekroczyła megabajty, gigabajty czy terabajty. Tylko ile z tego jest zdroworozsądkową informacją? Dane jako takie nie są informacją, tak jak pięćdziesiąt ton cementu nie jest drapaczem chmur.
Podobnie w trosce o zdrowie psychiczne osób pracujących z komputerami można by wymagać, aby co rano przed zalogowaniem się do sieci mówili dzień dobry pięciu prawdziwym ludziom.
Ponieważ zwracam się głównie do tych, którzy czują mistyczne zauroczenie Internetem, więc powtórzę: Marzyciele, strzeżcie się. Życie w prawdziwym świecie jest o wiele ciekawsze, ważniejsze i bogatsze niż wszystko, co możecie zobaczyć na monitorze.
To nierealny wszechświat, organizm utkany z nicości. Gdy Internet uwodzicielsko mruga ikoną wiedzy jako potęgi, nierealna rzeczywistość wabi nas, byśmy porzucili przyziemne życie. Kiepska to jednak namiastka, owa rzeczywistość wirtualna, gdzie panoszy się frustracja i gdzie – w imię świętości, takich jak Edukacja i Postęp – najważniejsze strony związków międzyludzkich bezustannie się dewaluują.
Sądzimy, że informacja w Internecie jest darmowa. Wysłanie listu elektronicznego, wyszukiwanie informacji czy przesyłanie plików nic nie kosztuje.
Bzdura. Informacja nie jest darmowa. I nigdy nie była. Ktoś musiał zapłacić za gazetę leżącą pod moimi drzwiami. I nie chodzi tylko o koszt papieru – dziennikarze, redaktorzy i drukarze też nie pracują za darmo.
Informacja w Internecie także nie jest darmowa. Ktoś musiał zapłacić za zielony kabel ethernetowy biegnący wzdłuż ściany, za szybkie routery kierujące ruchem pakietów, za światłowodowe łącza i gigabajtowe twarde dyski.
W świecie, w którym jedynym wyznacznikiem mocy systemu komputerowego jest szybkość, obowiązuje prawo Greshama: zły software wypiera dobry. Wystarczy, żeby był szybszy.
Przykładowo, panuje przekonanie, że programy graficzne i malarskie otwierają przed artystami nowe perspektywy. W dużym jednak stopniu ograniczają im swobodę wyboru kształtów, rozmiarów, kolorów i faktur. Ponadto artysta musi się ściśle stosować do reguł narzuconych przez program. Graficy komputerowi nigdy nie pracują w takich tworzywach, jak papier, tkanina czy alabaster. Komputerowa sztuka wzbudza w nas zachwyt tylko dlatego, że wybryki fantazji wydają się przeciwne naturze informatyka.
Nad edytorem tekstu pracuje kilkunastu programistów. Przez rok w pocie czoła piszą procedury i usuwają błędy. Budowla, którą wznieśli z bitów, ma postać jednego pliku. To też jest informacja… Trudno powiedzieć, by była darmowa.
Kto właściwie jest jej właścicielem? To, że kupiliście książkę lub CD-ROM, nie znaczy, że macie prawo go skopiować i sprzedać. A tu dowiaduję się, że Fundacja na rzecz Darmowego Oprogramowania argumentuje, iż programy są czymś zasadniczo odmiennym od książek. (…) Twierdzą oni, że prawo autorskie działa na szkodę społeczeństwa, gdyż hamuje swobodny przepływ informacji. (…) Jest to rodzaj technomarksizmu – zlikwidujmy prywatną własność, a wszyscy staną się szczęśliwi.
Wybiegając naprzód, powiem, że właśnie tego dotyczą moje najpoważniejsze obiekcje w stosunku do sieci komputerowych. Izolują one ludzi od siebie i umniejszają wagę prawdziwych przeżyć. Szerzą wtórny analfabetyzm i zabijają kreatywność.
Medium, za pomocą którego się komunikujemy, zmienia nasz styl bycia i myślenia. My programujemy komputery, lecz komputery programują także nas.
Adres [e-mail] musi być napisany ze stuprocentową dokładnością – nie ma mowy o żadnych błędach. Zakrawa na ironię, że dotyczy to Internetu, który wykazuje totalne lekceważenie zasad poprawnej pisowni.
Jakie to smutne – żyć metaforami zamiast prawdziwym życiem. Jedynych wrażeń zmysłowych dostarcza patrzenie w świecący ekran, dotykanie klawiszy i słuchanie sporadycznych pisków dobiegających z głośnika. Cała reszta jest syntetyczna.

