Stanisław Lem
Cytaty
Planeta miała silnie wyrażone pory roku. Przybyli u schyłku lata, a teraz jesień górska, cała w czerwieni i żółci, dogasała już w dolinach, lecz jakby na przekór masom liści, pędzących w pianie górskich potoków, słońce wciąż jeszcze było ciepłe i w bezobłoczne dni przypiekało nawet na tym płaskowyżu. Tylko gęstniejące mgły zwiastowały nadejście śniegu i mrozów. Ale wtedy na planecie nie miało już być nikogo; i owa przyszła, w biel obrócona, doskonała pustka wydała się nagle Pirxowi czymś nad wszystko godnym pożądania.
Uważam, że każde istnienie, nawet najbardziej ograniczone, lepsze jest od nieistnienia.
Lot patrolowy porównywano, nie bez słuszności, do siedzenia w poczekalni u dentysty – i jedyna różnica polegała na tym, że dentysta nie przychodził.
(...) Pirx poczuł coś w rodzaju zazdrości, bo komory w Instytucie były to wysłużone pudła, przestarzałe co najmniej o pięć lat, a pięć lat technologicznego zacofania – to cała epoka.
(...) myślał czasem, że nie ma szczęścia. Wykładowcy określali to inaczej – że jest gapą, niezgułą i myśli w każdej chwili o wszystkim oprócz tego, o czym akurat trzeba myśleć. Prawda, że Pirxowi było o wiele rzeczy łatwiej niż o słowa. Między jego działaniem a myśleniem, odzianym w słowa, ziała może nie przepaść… w każdym razie była tam jakaś przeszkoda, która utrudniała mu życie. Wykładowcy nie wiedzieli, że Pirx jest marzycielem. O tym nikt nie wiedział.
Pirx dawno już spostrzegł, że człowieka często łatwiej jest poznać po jego stosunku do robotów aniżeli do innych ludzi.
Nie, stanowczo Mars nie miał dlań żadnych powabów.
Do zagłady nie jest wcale potrzebna wojna, atomowa albo i nieatomowa, skoro doprowadzą do niej eskalacyjne koszty dalszych zbrojeń.
s. 35
Z wolna utwierdził się raz jeszcze w przekonaniu o przeraźliwym niebezpieczeństwie swej Misji, której nadciągającą grozę smakował bez pośpiechu i tak zabierał się do jej próbowania jak nałogowy pijak, któremu dostała się w ręce mchem porosła butelka trunku z czasów wojen napoleońskich.
Kiedy technicy nie wiedzą co się dzieje, bogactwem słownictwa dorównują lekarzom przy konsylium nad beznadziejnym przypadkiem.
s. 125
Następnie kandydat szedł na piętro, do „łaźni”. Nie była to naturalnie żadna łaźnia, ale, jak wiadomo, studenci nie nazywają nigdy rzeczy ich właściwym imieniem.
Każde inteligentne stworzenie jest ciekawe – i ta ciekawość popycha je do działania, gdy zdarzy się coś niezrozumiałego...



