Rick Riordan
Cytaty
Cerber mówi, że mamy dziesięć sekund na modlitwę do wybranego boga. A potem… no wiesz… on jest głodny.
Prawdziwy świat jest tam, gdzie są potwory. Dopiero tam przekonujesz się, ile jesteś wart.
Idź tam, gdzie prowadzi cię serce, inaczej utracisz wszystko.
– Złaź stamtąd, synu Marsa! Czekamy na ciebie! Chodź, bądź naszym honorowym gościem!
– Dlaczego mam wrażenie, że „honorowy gość” znaczy to samo co „obiad”?
Wojna to obowiązek. Jedyny prawdziwy wybór to zaakceptować to lub nie i wiedzieć, o co się walczy.
Leo opuścił śrubokręt. Spojrzał w sufit i pokręcił głową, jakby chciał powiedzieć „I co ja mam zrobić z tym facetem?”.
– Staram się być denerwujący – powiedział. – Nie obrażaj mnie, twierdząc, że tego nie potrafię. I jak mam żywić do ciebie urazę, skoro zaczynasz mnie przepraszać? Jestem zwykłym mechanikiem. Ty jesteś księciem nieba, synem pana wszechświata. Po winieniem mieć do ciebie żal.
– Pana wszechświata?
– No pewnie! Jesteś ta-da-bum. Miotaczem błyskawic. „Patrzcie, jak ja fruwam! Jestem orłem, który szybuje…”
– Zamknij się, Valdez.
Leo uśmiechnął się blado.
– No widzisz. Denerwuje cię.
– Przepraszam, że cię przepraszałem.
– Dzięki.
– Udawajmy, że jesteśmy dwojgiem zwykłych ludzi. (…)
– Okej – przytaknąłem. – Zwyczajne popołudnie dwojga zwykłych ludzi. Kiwnęła głową
– I wiesz… Teoretycznie gdyby tych dwoje ludzi lubiło się nawzajem, co trzeba by zrobić, żeby ten głuptas pocałował dziewczynę, hę?
– Och… – poczułem się jak jedna za świętych krów Apollina: powolny, głupi i jaskrawoczerwony.
Poczułem w żołądku dziwaczny ogień. Najdziwniejsze było to, że nie kojarzył się ze strachem. Raczej z niecierpliwością. Pragnieniem zemsty.
– Zabiłem trojańskiego potwora morskiego – ciągnął Jason – Zwaliłem czarny tron Kronosa i udusiłem tytana Kriosa gołymi rękami. A teraz zamierzam zniszczyć ciebie, Porfyrionie, i nakarmić tobą twoje własne wilki.
– Ożeż, koleś – mruknął Leo – Najadłeś się czerwonego mięsa?
Hedge zacisnął szczęki.
– Może rąbnę ich tylko raz, co?
– Nie.
– Pójdźmy na kompromis, dobra? Najpierw ich zabiję, a jeśli okaże się, że nie byli naszymi wrogami, przeproszę.
– Nie!
– No dobra.
Trener Hedge opuścił pałkę.
Chodził dziwacznie, jakby każdy krok był dla niego bolesny, ale to były tylko pozory. Trzeba było go widzieć, jak biegł, kiedy w stołówce podawali tortille.
Chwycił mnie za rękaw, aż poczułem żar bijący od jego skóry jak od ognia.
– Ethan. Ja. Wszyscy nieuznani. Nie pozwól… Nie pozwól, by to się powtórzyło. W jego oczach był gniew, ale też błaganie.
– Nie pozwolę – odparłem – Obiecuję.
Luke kiwnął głową i jego ręka opadła. (…) Zastali mnie, Annabeth i Grovera, stojących nad zgruchotanym ciałem półboga w ciepłym świetle ogniska. – Percy – spytał mój ojciec z powagą w głosie
– Co… co to jest?
Odwróciłem się ku Olimpijczykom.
– Potrzebujemy całunu – oznajmiłem łamiącym się głosem. – Całunu dla syna Hermesa.







