Listopad 1999. Ten rok przypomina cenę w supermarkecie. A jeszcze się kończy i szuka tego grosza, żeby mi… — Michał Witkowski
Listopad 1999. Ten rok przypomina cenę w supermarkecie. A jeszcze się kończy i szuka tego grosza, żeby mi wydać, jakbym dotąd nie miał dosyć. Już już mam krzyknąć: nie chcę, proszę sobie darować, choć nikt tu nie zasłużył na napiwek! Ale nie, los nie jest dla mnie przymilnym kelnerem, jest raczej otyłą babą i teraz, zamiast szybko zakończyć uciążliwą transakcję, ta baba guzdra się, zadaje denerwujące pytania w stylu: a nie ma pan może dwudziestu groszy? A ja stoję i nerwowo trzepocę nogą, bo chce mi się sikać i chce mi się już nowego roku, o pięknej, płynnej cyfrze, chcę oddać się mu już bez reszty!
Źródło: Wikicytaty · CC BY-SA 4.0
Więcej z tej książki
To jest ten margines, gdy noc się już prawie skończyła, a dzień jeszcze nie zaczął, w którym wydarzyć się może coś zupełnie nieoczekiwanego, ponieważ o ile wiadomo z grubsza, czego spodziewać się po dniu albo po nocy, to nie bardzo wiadomo, czego można oczekiwać od takiego ni to, ni śmo.
Za to osobowe wiozły tylko uśpionych ludzi, właściwie wiozły sny, zachowywały się więc ciszej, aby nie uszkodzić tego wątłego towaru. Równomierny takt ich kół był monotonną kołysanką.
Wierzyłem święcie w świat kalejdoskopu, cekinów i cyrku, nie podejrzewałem żadnych sztuczek, nie obskrobywałem niczego paznokciem, żeby sprawdzić, czy prawdziwe. Bo nie wolno niczego skrobać ani sprawdzać. Bo jak się świat trochę poskrobie, to zaraz cały zaczyna się paskudzić jak rozgrzebana ranka, i już jest do wyrzucenia. Wszystko zżera gangrena.

