Gdzieś na początku lat 70. ubiegłego wieku, schodząc z Przełęczy Kościelcowej po samotnym przejściu grani od… — Marek Konecki
Gdzieś na początku lat 70. ubiegłego wieku, schodząc z Przełęczy Kościelcowej po samotnym przejściu grani od Zawratowej Turni, miałem okazję obserwować, jak Wanda Rutkiewicz wraz z Andrzejem Sikorskim wspina się drogą Dziędzielewicza na zachodniej ścianie Kościelca. Zaczęli dość późno, robili właśnie pierwszy wyciąg, gdy usiadłem sobie na głazie i wyciągnąłem szkicownik. Droga była piękna, pogoda dopisywała. Wanda pomachała do mnie ze stanowiska. Krzyknąłem, że prześlę jej rysunek. Niestety, nie dotarł do niej, bo mój ulubiony plecak-horolezka, w którym miałem szkicownik, kilka dni później runął w czeluść z Żabiego Konia.
Źródło: Wikicytaty · CC BY-SA 4.0
Więcej z tej książki
Po rozbiciu namiotu zmieniliśmy spocone koszule na świeże, zupełnie jak po wyczerpującym koncercie w Filharmonii. Noc stroiła swoje instrumenty, a my, przy łagodnych dźwiękach soft rocka wpadaliśmy w objęcie Morfeusza.
Będąc w górach, zawsze miałem wrażenie, że obcuję z czymś wyjątkowym, niemal mistycznym, co zdumiewa i wywołuje zachwyt, jednocześnie podnosząc adrenalinę, szczególnie gdy śmiga się na tyłku z Wrót Chałubińskiego do Stawków Staszica po twardym, całkiem realnym śniegu, próbując hamować czekanem. I jak, w tak niepowtarzalnym środowisku, nie uśmiechać się i nie kpić, głownie z samego siebie, szczególnie wtedy, gdy wychodzi się z tego cało? Zresztą Ojciec powiedział mi kiedyś, że góry są piękne. I tego się trzymam.
– O, widzę, że jesteś dzisiaj w doskonałym humorze, mój drogi! – powiedziała, patrząc, jak przy porannej kawie zapamiętale śledzi w Internecie niusy na temat wypraw w Himalaje. – Czyżby kolejny twój znajomy nie zdołał osiągnąć szczytu?

