Postać i słowa tej kobiety, miłośnicy hajduka, zachowanie Stefana i cały przebieg krótkiego dochodzenia… — Ivo Andric
Postać i słowa tej kobiety, miłośnicy hajduka, zachowanie Stefana i cały przebieg krótkiego dochodzenia ukazały mu nagle we właściwym świetle jego lekkomyślną, niewinną i niewybaczalną wiosenną zabawę na kapii. Słowa rotmistrza stanowiły jakby tylko oficjalne przypieczętowanie tego wszystkiego; były one potrzebne raczej samemu rotmistrzowi, aby mógł zadośćuczynić jakimś niepisanym, lecz odwiecznym wymogom prawa i porządku, niż Fedunowi. Jakby doznał objawienia, młodzieniec uświadomił sobie nagle znaczenie kilku chwil zapomnienia w nieodpowiednim momencie i w niebezpiecznym miejscu. Gdyby te przeżyte na kapii chwile pozostały nieznane, nic by nie znaczyły. Oto jeszcze jedna młodzieńcza pustota, o której później opowiada się kolegom podczas nudnych patroli nocnych. Ale sprowadzone na grunt konkretnej odpowiedzialności oznaczają wszystko. Więcej nawet niż śmierć: koniec wszystkiego, w dodatku niepożądany, haniebny koniec. Nigdy nie będzie już można rzetelnie i całkowicie tego wyjaśnić ani sobie samemu, ani innym. Nigdy już nie będzie listów z Kołomyi ani fotografii rodzinnych, ani przekazów pocztowych, które z taką dumą posyłał do domu. Koniec człowieka, który się pomylił i pozwolił wywieść w pole. Dlatego nie znalazł ani jednego słowa odpowiedzi. (…) Podczas gdy młodzieniec zbierał swoje rzeczy z półki nad posłaniem, kilku kolegów, przebywających jeszcze w sypialni, wymknęło się na palcach, zamykając ostrożnie i bezszelestnie drzwi za sobą. Wokół Feduna rósł krąg samotności i przygnębiającej ciszy, który zawsze wytwarza się wokół człowieka dotkniętego nieszczęściem, jak wokół chorego zwierzęcia.
Źródło: Wikicytaty · CC BY-SA 4.0
Więcej z tej książki
Życie w kasabie koło mostu stawało się coraz bardziej ruchliwe, wydawało się coraz szczęśliwsze i bogatsze, a płynęło spokojnie, zdobywając nie znaną dotąd równowagę, ową równowagę stabilizacji, do której zawsze i wszędzie dąży, a osiąga tylko rzadko, częściowo i przemijająco (…) Były to trzy dziesięciolecia względnego dobrobytu i pozornego spokoju za panowania Franciszka Józefa, kiedy to niejeden Europejczyk wyobrażał sobie, iż wykrył bezbłędną formułkę na urzeczywistnienie stuletnich marzeń o pełnym, szczęśliwym rozwoju jednostki w ogólnej wolności i postępie, kiedy to wiek XIX rozpościerał przed oczami milionów ludzi swoje różnorodne, złudne dobrodziejstwa, stwarzając iluzję komfortu, bezpieczeństwa i szczęśliwości dla wszystkich i dla każdego z osobna po przystępnych cenach i na raty (…) Naród otrzymał porządek, zarobek i bezpieczeństwo. A to wystarczyło, aby życie, zewnętrzne życie ruszyło „torem doskonalenia i postępu”. Resztę spychano w pomrokę podświadomości, gdzie żyją i nurtują zasadnicze uczucia i niezniszczalne wierzenia poszczególnych ludów, wyznań i kast, i na pozór martwe i pogrzebane sposobią się dla późniejszych, odległych czasów nieprzewidziane przemiany i katastrofy, bez których narody, zda się, nie mogą istnieć, osobliwie ten kraj (…) Dla większości przedstawicieli nowej władzy, tak wojskowych, jak cywilnych, kraj ten był obcy, a o narodzie nie mieli pojęcia; sami mało znaczący, ale na każdym kroku czuło się, iż są drobną cząstką tego wielkiego mechanizmu i że za każdym z nich stoją w długich szeregach i na niezliczonych szczeblach potężniejsi ludzie i wyższe urzędy. To dodawało im powagi, która znacznie przewyższała ich osobowość, i wywierało magiczny wpływ, któremu łatwo się ulegało (…) Nowe bytowanie wcale nie było mniej ograniczane i skrepowane niż za dawnych czasów tureckich, tylko lżejsze i bardziej ludzkie, a więzy i warunki były teraz daleko i zręcznie ustawione, tak że nikt ich bezpośrednio nie odczuwał. Stąd każdemu wydawało się, iż dokoła niego zrobiło się nagle przestronniej, swobodniej, barwniej i zasobniej (…) W gruncie rzeczy teraz też było sporo zakazów, przepisów i prawnych przeszkód; za występki karano, a za przyjemności trzeba było płacić, ciężej i drożej niż dawniej, tylko prawo i metody były inne, stwarzały iluzję, że w tym, jak i we wszystkim innym życie stało się nagle przestronniejsze, przyjemniejsze i swobodniejsze.
Traf chciał, traf, co miażdży słabych i nieostrożnych, że poczet ten otworzyli ci dwaj prości ludzie z tłumu nieuczonych, biednych i niewinnych, jako że tacy często bywają pierwszymi, którzy tracą przytomność umysłu w wirze wielkich wydarzeń, a wir ten nieprzeparcie ich wciąga i pochłania.
Tym sposobem ze strażnicy i krwawych, związanych z nią wydarzeń nie pozostał inny ślad prócz kilku smutnych wspomnień, które coraz bardziej zacierały się i znikały wraz z pokoleniem, oraz jednej dębowej belki, ocalałej z pożaru (…) Tym sposobem rosły nowe pokolenia w cieniu mostu, a on niby pył otrząsał z siebie wszelkie ślady, jakie pozostawiały na nim przemijające kaprysy albo potrzeby ludzkie, i zawsze ten sam – trwał niezmiennie.

