Charles Bukowski
Cytaty
Wlazłem na nią. Miałem dziwne uczucie. Jakby miała pizdę w poprzek. Wiedziałem, że jestem w środku, czułem to, ale wciąż ześlizgiwałem się w bok, na lewo. Mimo to posuwałem ją dalej. Było to podniecające.
Jeden miał JAJA do kolan! nazywaliśmy go HARRY DZWONNICA, jak HARRY DZWONNICA się spuszczał, to było tego WSZĘDZIE PEŁNO! jakby ze szlauchu lała się bita śmietana! a kiedy wysychało… o rety, człowieku, rano trzeba było grzmocić pościel kijem baseballowym, strzepywać ten łupież przed oddaniem do pralni…
– Poderżnęła sobie gardło.
– Aha. Nalej mi jeszcze.
Jeanie wyglądała normalnie, wręcz zdrowo. Ale naprawdę lubiła whisky. Piła równo ze mną. Zszedłem na dół w przypływie pożądania, ale już go nie czułem, to znaczy, gdyby miała w sobie coś świńskiego, coś nieprzyzwoitego albo jakąś skazę (zajęczą wargę, cokolwiek), miałbym większą ochotę do działania. Przypomniała mi się historia, którą przeczytałem kiedyś w „Informatorze wyścigowym” o rasowym ogierze, którego nie mogli zmusić do pokrycia klaczy. Wyszukiwali mu najpiękniejsze sztuki, ale ogier zawsze uciekał. Potem ktoś, kto się na tym znał, wpadł na pomysł. Wysmarował piękną klacz błotem i ogier natychmiast ją pokrył. Chodzi o to, że ogier miał kompleks niższości, toteż dopiero kiedy klacz była zabłocona i pobrudzona, mógł w końcu poczuć się równy lub nawet lepszy od niej. Wygląda na to, że umysły koni i mężczyzn nie różnią się tak bardzo.
Życie ludzi nie różni się aż tak bardzo – chociaż jesteśmy skłonni wierzyć w swoją niepowtarzalność.
Przyciągnąłem ją do siebie. Była naga. Jezu, pomyślałem. Pocałowaliśmy się. Robiła to bardzo dobrze. Był to długi, gorący pocałunek. Wysunąłem się z jej objęć. – Cecylio? – Tak? – Zerżnę cię kiedy indziej. Odwróciłem się na bok i zasnąłem.
Cywilizacja, cywilizacja, smog i morderstwa, to bez porównania przyjemniejsze. Szaleńcy i pijacy są ostatnimi świętymi na świecie.
Postanowiłem dosięgnąć do osiemdziesiątki. Pomyśleć tylko: w wieku 80 lat rżnąć osiemnastki! Jeśli jest jakiś sposób oszukania igraszek śmierci, to właśnie na tym on polega.
Wszedłem za nią po betonowych schodach, wpatrzony w jej tyłek. To dziwne, ale każdy ma dupę. Zrobiło mi się smutno. Nie miałem jednak ochoty na jej tyłek.
Martin Blanchard ożenił się dwukrotnie, dwukrotnie się rozwiódł, a na kocią łapę żył wiele razy. Teraz miał czterdzieści pięć lat, mieszkał sam w wynajętym mieszkaniu na trzecim piętrze kamienicy i właśnie stracił dwudziestą siódmą pracę z powodu nieobecności i braku poczucia obowiązku. Żył z zasiłku. Miał nieskomplikowane pragnienia – lubił pić, ile wlezie, do lustra, spać do południa i siedzieć w mieszkaniu, też samemu. Kolejna osobliwość dotycząca Blancharda polegała na tym, że nigdy nie był samotny. Im dłużej trzymał się z dala od bliźnich, tym lepsze miał samopoczucie. Małżeństwa, kohabitaty i związki na jedną noc doprowadziły go do przekonania, że spółkowanie nie jest warte tego, czego kobiety żądają w zamian. Teraz żył bez kobiety i często się onanizował. Naukę zakończył w pierwszej klasie szkoły średniej, a jednak kiedy słuchał radia – jego najściślejszy kontakt ze światem – to tylko symfonii, najlepiej Mahlera.
Życie samo w sobie aż po śmierć jest ciężką pracą.
W twoim mieszkaniu spodobało mi się też to, że zawsze panuje tam koszmarny bajzel. Butelki po piwie walają się po podłodze. Wszędzie leżą śmieci. Brudne naczynia, niedomyty sedes, zacieki w wannie. W umywalce pełno zardzewiałych żyletek. Wiedziałam, że strzelisz minetę.





