Ja tam nie miałem pracy. Ani nie chodziłem do szkoły. W ogóle nic nie robiłem. Z papierosem w ustach stałem… — Charles Bukowski
Ja tam nie miałem pracy. Ani nie chodziłem do szkoły. W ogóle nic nie robiłem. Z papierosem w ustach stałem na rogu, cały obandażowany. Czułem, że jestem twardziel, niebezpieczny facet. Wiedziałem to i owo o życiu. Sleeth popełnił samobójstwo. Ja tam nie miałem zamiaru się zabijać. Już prędzej kogoś bym zabił, najchętniej parę osób. Przynajmniej odszedłbym w towarzystwie. Pokazałbym ludziom, że lepiej ze mną nie szurać. Jakaś kobieta szła w moją stronę. Miała fajne nogi. Popatrzyłem jej prosto w oczy, a potem przyjrzałem się nogom. Kiedy mnie minęła, zacząłem się gapić na jej dupę, po prostu ją chłonąłem. Uczyłem się jej na pamięć, tej dupy i szwów w jedwabnych pończochach. Bez bandaży w życiu by mi taki numer nie przeszedł.
Źródło: Wikicytaty · CC BY-SA 4.0
Więcej z tej książki
„Dadzą nam dupy” – myśleliśmy, patrząc na dziewczyny. Ale większość z nas tylko się onanizowała. Onanizm. Pamiętam to odkrycie. Kiedyś rano Eddie zaskrobał w moje okno. – Co jest? – spytałem. Podniósł probówkę, na której dnie widać było jakiś biały płyn. – Co to takiego? – Spuściłem się – odparł Eddie. – Spuściłem się do probówki. – Taaa? – No. Wystarczy, że naplujesz sobie na rękę i potrzesz chuja. Mówię ci, jaka frajda, i zaraz z czubka pryska to białe. To się nazywa lagier. – Taaa? – No. Eddie poszedł sobie. Po namyśle postanowiłem spróbować. Chuj zaraz mi stanął i było naprawdę ekstra, coraz lepiej. Branzlowałem się bez opamiętania i czułem się jak nigdy w życiu. W końcu z czubka chuja prysnął ten biały sok. Odtąd co pewien czas waliłem konia. Jeszcze lepiej wychodziło, kiedy sobie wyobrażałem, że robię to z dziewczyną.
Kto miał więcej niż dziesięć karniaków i nie zdążył odpracować, nie zdawał do następnej klasy. Mnie tam było wszystko jedno, czy zdam, czy nie. Nie mój problem. Mogę tak całe życie kiblować, coraz starszy i coraz większy. W końcu wszystkie dziewczyny będą moje.
Kiedy tak siedziałem nad flaszką, zacząłem myśleć o samobójstwie, ale czułem jakąś dziwną sympatię do swojego ciała, do życia. Jedno i drugie było całe pokancerowane, ale za to moje. Patrzyłem w lustro nad komodą i uśmiechałem się do siebie, myśląc: „Skoro już masz odejść, to równie dobrze możesz zabrać ze sobą dziesięciu albo i dwudziestu…”.

