Stephenie Meyer
Cytaty
– Czasami wydaje mi się, że wolisz, kiedy jestem wilkiem.
– Czasami też mi się tak wydaje. To chyba ma coś wspólnego z tym, że nie możesz wtedy mówić.
– Błagam! – syknął Edward znienacka – Daruj sobie!
– Co? – spytał Jacob szeptem, zdziwiony.
– Może byś tak chociaż spróbował kontrolować swoje myśli, co?
Był naprawdę rozgniewany.
– Nikt ci nie każe podsłuchiwać – burknął mój przyjaciel, ale wyraźnie się zawstydził. – Wynocha z mojej głowy.
– Wierz mi, chciałbym się wyłączyć, ale nawet nie wiesz, jak głośno wykrzykujesz te swoje fantazje.
– Postaram się myśleć ciszej – obiecał Jacob z przekąsem.
– Nie zabiję cię teraz tylko dlatego, że Bella wpadłaby w rozpacz.
(…)
– Ale jeśli jeszcze kiedykolwiek dostarczysz ją do domu kontuzjowaną – i wszystko mi jedno, czyja to będzie wina: czy po prostu się potknie, czy spadnie na nią meteoryt – jeśli jeszcze raz przywieziesz ją w gorszym stanie niż ten, w jakim do ciebie pojechała, to przyrzekam, że już następnego dnia będziesz biegał po lesie na trzech łapach. Rozumiesz mnie, kundlu?
(…)
– A jeśli jeszcze raz ją pocałujesz – ciągnął Edward – to, gdy tylko się o tym dowiem, złamię ci w jej imieniu szczękę.
– Co, jeśli sama będzie tego chciała? – spytał Jacob arogancko.
(…)
– Jeśli zrobi to z własnej woli, nie będę miał prawa się wtrącać. Tylko jedna mała rada: zaczekaj, aż cię sama o to poprosi, bo z odczytywaniem mowy ciała nie jest chyba u ciebie najlepiej.
– Miło wreszcie się do czegoś przydać. Nawet nie wiesz, jakie to irytujące – to, że nie mam odpowiednich wizji. Czuję się taka bezużyteczna. Taka… normalna.
Wzdrygnęła się, wymawiając to słowo.
– Tak – przyznałam z sarkazmem – nie mam pojęcia, jak to jest być normalną. Brr… Szczerze ci współczuję.
– Pokłóciliście się?
(…)
– Nie, nie kłóciliśmy się. Prawie wcale. A dlaczego pytasz?
– Zaciekawiło mnie tylko, z jakiego powodu dźgnęłaś go nożem. Ale jak dla zabawy, to nie ma sprawy.
(…)
– To nie ja go dźgnęłam – wyjaśniłam. – Sam się niechcący skaleczył. Pomagał mi wycierać naczynia
Edward zachichotał,
– Jaka szkoda.
– Zachowuj się – ostrzegłam go.
– Naprawdę się cieszę, że Edward cię nie zabił – wyznał mi Emmett.
– Dzięki tobie zawsze się coś dzieje.
– Czyżbyś się znowu potknęła, Bello? – spytał.
Zmroziłam go wzrokiem.
– Nie, Emmett. Tym razem dałam wilkołakowi w twarz.
Na chwilę zbiłam go z pantałyku, ale zaraz wybuchnął tubalnym śmiechem.
– (…) Gdybyś nie był moim naturalnym wrogiem i nie próbował mi wykraść sensu mojego istnienia, mógłbym cię nawet polubić.
– Kto wie… Gdybyś nie był odrażającym wampirem, który zamierza wyssać życie z dziewczyny, którą kocham… Nie, chyba nawet to by nie pomogło.
Mimo to sięgnął jednocześnie do tylnej kieszeni dżinsów i wyciągnął z niej zawiązany rzemieniem, luźno pleciony woreczek z wielobarwnego materiału. Położył mi go na dłoni.
– Jest śliczny – powiedziałam. – Dziękuję.
Westchnął.
– Bella, prezent jest w środku.
– Uderzyłam Jacoba – wyjaśniłam.
– Ach, tak. No to dobrze. – Wydawał się być jeszcze bardziej zadowolony niż Charlie. – Szkoda tylko, że zrobiłaś sobie przy tym krzywdę.
– Szkoda tylko, że jemu nie zrobiłam przy tym krzywdy.
– Tym to już ja się zajmę – zaoferował się.
– Miałam nadzieję, że tak powiesz.
– Uderzyłam Jacoba.
– Ach, tak. To dobrze. – Wydawał się być jeszcze bardziej zadowolony niż Charlie. – Szkoda tylko, że zrobiłaś sobie przy tym krzywdę.
– Renée nie przekonała cię do studiów na University of Florida?
– Próbowała, ale wolę pić wodę, niż ją wdychać.

