Pojechałem, załadowany do auta z czterema gestapowcami i strażnikiem. We Lwowie, po całym dniu ładowania… — Rudolf Reder
Pojechałem, załadowany do auta z czterema gestapowcami i strażnikiem. We Lwowie, po całym dniu ładowania blachy, pozostałem w aucie pod strażą jednego zbira, reszta poszła się zabawić. Siedziałem parę godzin bezmyślnie i bez ruchu. Przypadkiem zauważyłem, że moja straż zasnęła i że chrapie. Odruchowo, bez chwili zastanowienia zsunąłem się z auta; zbir spał. Stanąłem na chodniku, udawałem jeszcze chwilę, że grzebię coś koło blachy, powoli wysunąłem się, na ulicy Legionów był duży ruch. Nasunąłem czapkę głębiej, na ulicach było zaciemnienie, nikt mnie nie widział. Pamiętałem, gdzie mieszkała Polka, moja gospodyni, poszedłem do niej. Ukryła mnie.
s. 67Źródło: Wikicytaty · CC BY-SA 4.0
Więcej z tej książki
Najstraszniejsze dla mnie było to, że kazali kłaść trupy metr powyżej już pełnego grobu i przysypać piaskiem, a czarna, gęsta krew wydobywała się z grobów i jak morze zalewała całą powierzchnię. My musieliśmy przechodzić z jednego brzegu mogiły na drugi, by dostać się do drugiego grobu. Nurzaliśmy nasze nogi w krwi naszych braci, stąpaliśmy po kopcach trupów i to było najgorsze, najokropniejsze…
s. 57
Poruszaliśmy się wszyscy jak ludzie, którzy już nie mają woli. Byliśmy jedną masą. Znam trochę nazwisk, ale mało. To było też bez znaczenia, kim kto był i jak się nazywał. Wiem, że lekarzem był młody doktor spod Przemyśla, nazywał się Jakubowicz. Znałem też kupca z Krakowa Schlüssla i jego syna, Żyda czeskiego Ellbogena, który podobno miał skład rowerów, kucharza Goldschmidta, znanego z karlsbadzkiej restauracji „Brüder Hanicka”. Nikt nie interesował się drugimi, mechanicznie odrabialiśmy to straszne życie.
s. 59
Na samym brzegu grobów czekały i obłąkanym wzrokiem tępo patrzyły w głąb – dzieci, starcy, chorzy. Czekali na śmierć. Pozwalano im napatrzeć się do woli zwłokom, krwi i wdychać w siebie wyziewy zgnilizny, by za chwilę sprzątnąć ich strzałami krwawego Irrmana.
s. 64

