Mary Roach
Cytaty
Problem ze zwłokami jest taki, że wyglądają prawie jak ludzie. To dlatego wolimy kotlet wieprzowy od plastra małego warchlaczka. To dlatego mówimy „wieprzowina”, „wołowina”, a nie „świnia” czy „krowa”. Sekcja zwłok i nauczanie chirurgii, podobnie jak jedzenie mięsa, wymagają starannie podtrzymywanych iluzji i zaprzeczeń.
Kto nie operował trupa, zawsze spaprze żywego.
Zwłoki to nasi superbohaterowie: niestraszny im ogień, potrafią znieść upadki z wysokich budynków i czołowe zderzenia ze ścianą. Można do nich strzelać, przejechać im po nogach motorówką – to ich nie rusza. Można bez szkody usuwać im głowy. Są w stanie być w sześciu miejscach naraz. To jak mieć na usługach Supermana – byłoby strasznym marnotrawstwem rezygnować z jego potencjału i nie wykorzystywać go do rozwoju ludzkości.
Nie ma zbyt dużego sensu starać się kontrolować, co dzieje się z naszymi szczątkami, jeśli nie ma już nas w pobliżu, abyśmy mogli czerpać z tego jakąś radość czy korzyści. Ludzie, którzy piszą całe elaboraty, ze szczegółowymi dyspozycjami, co ma być robione z ich ciałami po śmierci, to prawdopodobnie jednostki mające problem z koncepcją definitywnego zakończenia egzystencji. Zostawiając ostatnią wolę, (…) próbuje się utrzymać wpływ na rzeczywistość nawet po śmierci – to sposób na przedłużone trwanie. Myślę sobie, że musi to wynikać ze strachu, przerażenia koniecznością odejścia i niezgody na przyjęcie do wiadomości, że nie ma się już kontroli, ani nawet możliwości uczestnictwa w niczym, co dzieje się dalej na ziemi.
Dystans między osobą bardzo starą, chorą, słabą a martwą jest niewielki – oddziela je cienka, niemal niewidoczna granica. Im więcej czasu spędzasz z ludźmi niedołężnymi, w podeszłym wieku (…), tym bardziej postrzegasz starość jako stopniowe przyzwyczajanie się do śmierci. Osoby stare oraz umierające śpią coraz dłużej, aż pewnego dnia zasypiają na zawsze. Często też coraz mniej się ruszają, aż do dnia, w którym już tylko leżą albo siedzą, w zależności od tego, w jakiej pozycji pozostawił je ktoś, kto jako ostatni się nimi zajmował.
Zwłoki kogoś bliskiego to coś więcej niż tylko martwe ciało – to miejsce, w którym ta osoba żyła. Są jak schowki, soczewki skupiające emocje straty.
Moim zdaniem bycie martwym nie rożni się zbytnio od rejsu statkiem wycieczkowym. Większość czasu spędza się w pozycji leżącej. Mózg wyłączony. Ciało flaczeje. Nic nowego się nie dzieje i nikt się po tobie niczego nie spodziewa.
To przecież nasze życie: upławy, wydzieliny, odchody, ropa, śluz, katar, flegma. Jesteśmy biologią. Przypomina się nam o tym na początku i na końcu: przy narodzinach i przy śmierci. W międzyczasie robimy, co możemy, żeby o tym zapomnieć.
Do pewnego stopnia kwestia godności jest oczywiście rodzajem promocji. Jeśli widzi się te sprawy takimi, jakimi są, nie ma sensu dochodzić, czy to będzie gnicie, spalanie, krojenie, trawienie tkanek czy kompostowanie. Wszystkie te procesy są, u swoich podstaw, przynajmniej odrobinę nieprzyjemne. Przyjmują jednakowoż nazwy dobrze przemyślanych eufemizmów – pochówku, kremacji, anatomicznych darowizn, redukcji wody, ekologicznego pogrzebu – co sprawia, że stają się publicznie akceptowalne.
Na każde zwłoki, które przejechały się na symulatorze zderzeń w testach pasów bezpieczeństwa, przypada co roku 61 ocalonych istnień. Dzięki każdej głowie testującej poduszkę bezpieczeństwa 147 osób wychodzi cało z niegdyś śmiertelnych wypadków. Każde zwłoki rozbijające własnym ciałem przednią szybę ocalają 68 osób rocznie.
Wszyscy stanowimy produkty naszego wychowania, naszej kultury, naszej potrzeby dostosowania się.
Zwłoki czasami ujawniają przypadkowe człowieczeństwo, co powoduje konsternację u pracujących z nimi medyków.

