Leopold Tyrmand

Cytaty

  1. Morelka przeszła ostatnio potrójną skrobankę: nieudaną w Warszawie i dwie w Krakowie, dokąd pojechała sama po warszawskim zabiegu. Ta dziewczyna to czarodziej skuteczności, skrzyżowanie nimfy z hochsztaplerką. W Warszawie mówi się, że Morel się puszcza, cóż za przepiękny, archaiczny idiom z lat dwudziestych!

  2. Ciekawe, dlaczego tak wiele kobiet widzi we mnie podręczny konfesjonał. przenośny i do zmontowania w każdej kawiarni. Dlaczego przypominam im Balzaca w popularnym wydaniu? Może po prostu dlatego, że czują, że ja je lubię i jestem za nimi. A może ja sam je do tego podbechtuję, nieznacznie i dyskretnie, zaś kobiety dość często wolą się obnażać psychicznie niż inaczej, co wcale mnie nie cieszy w większości wypadków, ale jakoś bawi. Niektóre, jak opowiedzą wszystko, wierząc, że trafiły na dobrego odbiorcę, czują się jak po orgazmie. Większa satysfakcja, mniej męczy, nie trzeba się rozbierać, czyli uprzednio zadbać o odpowiednią bieliznę. Zresztą to moje koleżeństwo, które one zdają się tak cenić, jest mało bezinteresowne. Mogę godzinami słuchać tych ładnych, natomiast nawet najczarowniejsza umysłowo, lecz o gorszej cerze i zębach, nie może liczyć na długie sesje. Moja chęć drążenia – excusez le mot – pozostaje zawsze w jakiejś relacji do aparycji: im dziewczyna lepiej wygląda, tym bardziej ja zmieniam się w rozbuchanego psychoanalityka.

  3. W Warszawie siwy mróz, 25 poniżej zera. Brak opału, piekielnie zimno w mieszkaniach i biurach, ludzie siedzą przy biurkach w płaszczach. Stolica węglowego mocarstwa. Palacze i kotłownicy w ciepłowniach skarżą się, że tak cholernie bezwartościowym miałem, jaki przychodzi ze Śląska, można dzieciom wąsy smarować na jasełkę, ale nie zasilać centralne ogrzewanie. Gdzie się podział znany nam wszystkim sprzed wojny antracyt, można go było dostać za grosze? Gdzie znika dobry polski węgiel z Ziem Odzyskanych, za który Skandynawia, Włochy, Szwajcaria, Holandia chcą dać dobre dewizy i dobre towary? Fabryki zbrojeniowe za Uralem mogłyby uchylić rąbka tajemnicy.

  4. Później, przy nakładzie wiadomych technik, można było doprowadzić Morel do głębszych ustępstw, lecz jakoś upodobałem sobie to nasze dwuznaczne koleżeństwo, ciekawszą intymność, w ramach której Morel zmienia przy mnie stanik i majtki i dyskutuje sekretne wyposażenie znajomych. Znając siebie wiem, że gdybyśmy przeszli w inny wymiar zażyłości, czułbym za Morel jakąś odpowiedzialność – ewentualność raczej groteskowa. Wierzę, że z Morel uczynić można, a także razem dokonać wiele dobrego i złego. Nie można tylko być za nią odpowiedzialnym.

  5. Na ulicy spotkałem młodego dziennikarza Z. Wrócił właśnie wstrząśnięty z Opolszczyzny. Mówił o Ślązakach opolskich, którzy przez 700 lat trzymali się kurczowo polskości gnieceni przez niemieckość. Trwali przy mowie i obyczaju i niemieckość nie mogła ich zgnieść. Zmógł ich komunizm, czyli ostatnie 7 lat. Są, według Z., doszczętnie zgermanizowani, w kościołach modlą się po niemiecku, ich forma protestu i oporu.

  6. Im dłużej żyję, tym wyraźniej widzę, że prawdziwą samotnością człowieka jest samotność wobec losu, a nie innych ludzi. Jeszcze nie bardzo wiem, co to znaczy, ale boję się, że życie mi to wytłumaczy, uściśli domysły.

  7. Boję się, jakże się boję, że w życiu zwyciężają ci, którzy frenetycznie, z idiotycznym uniesieniem wywijają jaskrawo kolorowymi szmatkami. Po czym przestają wywijać i wszyscy ich za to chwalą jako pylony odwiecznych mądrości. Zaś ci, którzy nigdy nie wywijali, którzy dostrzegali śmieszność w takich ekshibicjonizmach, których coś krępuje, trzyma za nogi i wstrzymuje od błazeńskich zapamiętań – muszą przegrać.

  8. W tym samym dzienniku, w rubryce "Kronika sądowa", nota pod tytułem "Bandyckie popisy". Donosi o następujących faktach: 20-letni łobuz zaatakował w centrum miasta, na Krakowskim Przedmieściu, inwalidę, pobił go do nieprzytomności, zrabował ortopedyczny but i portfel z pieniędzmi. "Życie Warszawy" nazywa bandytę chuliganem. Wyrok sądu powiatowego - dwa i pół roku więzienia. Drugi wypadek: rabunek 500 złotych na Grójeckiej i wstrząs mózgu u obrabowanego; w nomenklaturze "Życia" napastnik również chuligan, zaś wyrok - rok więzienia. To są dla "Życia" "popisy". Opowiadał mi niedawno kolega Bogny, student medycyny, że na ich roku aresztowano i osądzono czterech dwudziestolatków za opowiadanie dowcipów "antypaństwowych". Najniższy wyrok - 5 lat więzienia.

  9. Przez wszystkie te lata nie opuszczało mnie kontrolne pytanie: czy wierzę w swoją słuszność, czy aby się nie mylę, czy sądzę, że mam rację. Rzeczywistość zdawała się odpowiadać na nie twierdząco. Widziałem mordęgę mas ludzkich w jarzmie totalizmu i kneblowanie człowieka; widziałem codzienną administrację niesprawiedliwości i krzywdy, o jakiej nie śniło się Sinclairom i Malraux; widziałem terror rodzący zło i deprawacje natury ludzkiej, nie znane dotychczasowym pesymistom; słuchałem kłamstw, wobec których zawodzi najwnikliwsza ostrożność, a nawet niewiara; widziałem pogardę dla człowieczeństwa podniesioną do wyżyn liturgii; widziałem bezlitosne, dzikie okrucieństwo względem bliźniego uświęcone jako norma współżycia. Powie ktoś, że nie chcę dostrzec piękna, dobra i prawdy, w oczy bijących triumfów, że upieram się przy cenie, jaką płaci się za chwałę gigantycznych korekt. Że nie widzę dymiących kominów i owej potężnej pajdy chleba z margaryną, którą rzesze robotniczych i chłopskich dzieci mają zapewnioną raz na zawsze w szkołach i uniwersytetach, gdzie dowiadują się o Pasteurze, silnikach odrzutowych i metodologii. Chcę, ale moje postrzeganie zmącone jest pytaniami, tak koszmarnymi i licznymi, że ani strach, ani rezygnacja, ani obiektywizm nie skonstruują już żadnych mostów. Brudne, prowincjonalne dworce i serce starej, zrozpaczonej kobiety stojącej trzeci dzień w ogonku po lekarstwo - oto mój komunizm.

  10. Ja wierzę w słowo, opowiedziałem się już dawno po stronie słowa. Moim zdaniem, imperia i gmachy rozpadają się w rudy proch, słowo zostaje, pełza, ma jakąś szansę, której czyn nie ma, mimo że doraźnie rządzi słowem.

  11. Trochę mi żal Marksa: każdy jest dziś od niego mądrzejszy w tej sprawie, w której do niedawna jeszcze uchodził za niepodważalny autorytet. Co za sztuka jest dzisiaj być mądrzejszym od Marksa?

  12. Czytam stronice o „Tygodniku” i „Naokoło Świata” i pytam siebie, czy ja jestem przy zdrowych zmysłach? Czy to ma jakiekolwiek znaczenie czy ja piszę, czy nie piszę, pracuję, czy nie pracuję, napiszę, czy nie napiszę? Kogo to obchodzi? Czy moje decyzje mają jakiekolwiek odbicie w świecie i czasie, w bycie i przestrzeni? Czy to, że zrobię to czy co innego, czy że nie zrobię, gdzieś się w ogóle liczy? Cóż za nonsens! Co jest złudzeniem? Gdzie błąd? Czy ja i mój parszywy upór coś znaczymy, gdzieś się odciskamy? Czy ktoś się nade mną zastanawia, zauważa mnie i moje gesty?