W Bełżcu, w gospodzie „Roztocze”, stałem jakiś czas w kolejce do bufetu. Po piwo. Owo wypiwszy, wyszedłem na… — Edward Stachura
W Bełżcu, w gospodzie „Roztocze”, stałem jakiś czas w kolejce do bufetu. Po piwo. Owo wypiwszy, wyszedłem na rynek. Nieopodal przedwojennego Domu Polskiego baby rozłożyły na ziemi krajowy i zagraniczny towar rozmaity. W zgodnym współistnieniu leżą obok siebie rosyjskie socjalistyczne perfumy, adiekałon „Maki” za siedemdziesiąt złotych, i tutka amerykańskiej kapitalistycznej maści na jakieś dolegliwości. Też za siedemdziesiąt złotych. Chłopi sprzedają ogórki po piętnaście złotych kilogram (nie po złotówce za kilo, jak któregoś roku nie tak odległego), kalafiory po cztery i pięć złotych sztuka i pomidory. Pomidory marne są. Wyglądają jak resztówka sezonu warzywniczego. Ô, saisons, ô, chateaux, ô, Rimbaud.
Źródło: Wikicytaty · CC BY-SA 4.0
Więcej z tej książki
Znam takich, którzy wysiadają na jakiejś stacji albo wprost wyskakują z pociągu (…), żeby wejść w krajobraz, który ich nagle olśnił. Żeby być w nim. Wtopić się weń. Być jedną linijką, jednym wersem w tym wierszu.
Teściowe, wie pan, są jak najwięksi poeci: Homer, Dante, Szekspir, Molier – bez narodowości. To znaczy, należą do wszystkich narodowości – powiedziałem kierowcy jakiś czas potem, kiedy już pruliśmy autostradą na Południe, ścigając się z wiatrem.
Pół dnia rąbałem drzewo na podwórzu domostwa dwu dzielnych kobiet pomiędzy Obornikami Śląskimi (Ślicznymi, jak mówią niektórzy) a Trzebnicą. Był to piękny wiersz, ta wielka kupa porąbanego drzewa. Ogień tego wiersza wiele razy zaludni żywym, ciepłym blaskiem długie jesienne chłodne wieczory i krótkie mroźne poranki.

