Charles Bukowski
Cytaty
Założyła nogę na nogę i podciągnęła spódnicę. Zawsze myślałem, że facet musi umrzeć, żeby znaleźć się w niebie.
– Ten mały chłopiec to Henry?
– Tak.
– Patrzy i nic nie mówi.
– Tak żeśmy go nauczyli.
– Cicha woda brzegi rwie.
– On tylko rwie ubrania.
Myślę, że odciąć facetowi skrzydła to tak samo, jakby odciąć mu fiuta.
Tylko picie ratowało człowieka przed wiecznym otępieniem i poczuciem, że jest się do niczego. Przez resztę czasu życie stale tylko kłuło i szarpało. Nie widziałem w nim nic ciekawego, nic a nic. Ludzie byli ostrożni, tkwili w wąsko zakreślonych ramach. Nie mieściło mi się w głowie, że do końca życia mam się zadawać z takimi piździelcami. Boże, mieli sraki, narządy płciowe, usta i pachy. Srali, gadali i byli drętwi jak końskie łajno. Dziewczyny z daleka mogły się podobać, kiedy słońce podświetlało ich sukienki i włosy. Ale wystarczyło podejść bliżej i posłuchać, co im wycieka ustami z mózgownic. Człowiek miał wtedy ochotę złapać pistolet maszynowy, wykopać sobie ziemiankę i już z niej nie wychodzić.
Sęk w tym, że wciąż trzeba wybierać mniejsze zło, a cokolwiek by się wybrało, inni zawsze skrawają z człowieka kolejny plasterek i wreszcie nic nie zostaje. Większość ludzi w wieku dwudziestu pięciu lat jest skończona. Cały naród cholernych dupków, którzy prowadzą auta, jedzą, mają dzieci i wszystko robią najgorzej jak tylko można – chociażby to, że w wyborach prezydenckich głosują na tego kandydata, który najbardziej przypomina ich lustrzane odbicie.
Na samą myśl, że muszę kimś zostać, ogarniał mnie nie tylko strach, ale wręcz mdłości. Nie mogłem znieść myśli, że zostanę prawnikiem, radnym, inżynierem czy czymś takim. Ożenię się, będę miał dzieci, dam się złapać w strukturę rodzinną. Codziennie będę chodził do pracy i wracał. Niemożliwa sprawa. Robić to i owo, załatwiać jakieś proste drobiazgi, brać udział w rodzinnych piknikach, Gwiazdkach, Czwartych Lipca, Dniach Pracy, Dniach Matki… czy człowiek rodzi się tylko po to, żeby znosić takie rzeczy, a potem umrzeć? Wolałbym już zmywać gary, wracać do jakiejś klitki i samotnie upijać się do snu.
Matka płakała. Na mój widok zerwała się, podbiegła i chwyciła mnie w ramiona. Zaprowadziła mnie do mojego pokoju i posadziła na łóżku. – Henry, kochasz mamę? – spytała. Właściwie to jej nie kochałem, ale miała strasznie smutną minę, więc skłamałem, że kocham.
– WŁAŚNIE ZABIŁEM OJCA. – ZABIŁEŚ OJCA? – SŁYSZAŁEŚ O KIMŚ TAKIM JAK JEZUS CHRYSTUS? – JASNE! – NO WIĘC, NA DWORZEC AUTOBUSOWY!
Myślę, że było to w 1954, gdy po raz ostatni naprawdę próbowałem się zabić. mieszkałem wówczas w pokoju na trzecim piętrze w jednej z czynszowych kamienic przy North Mariposa Avenue i któregoś dnia zamknąłem wszystkie okna i w kuchence i w piekarniku odkręciłem gaz – nie zapalając go, rzecz jasna. potem wyciągnąłem się na łóżku. syk ulatniającego się gazu ma w sobie coś niesłychanie uspokajającego – zasnąłem. i byłoby mi się nawet udało, gdyby nie to, że od wdychania gazu dostałem takiego bólu głowy, że się obudziłem. wstałem, wybuchnąłem śmiechem i powiedziałem do siebie: „ty idioto, przecież ty wcale nie chcesz się zabić!” i zakręciłem gaz i pootwierałem okna. nie mogłem przestać się śmiać – to było coś jak stary dobry kawał. a potem nie chciała zadziałać piezoelektryczna zapalniczka – wystarczyłaby iskierka, a za jednym dmuchnięciem przeniósłbym się z mego cennego padołu wprost do Piekła.
Ja tam nie miałem pracy. Ani nie chodziłem do szkoły. W ogóle nic nie robiłem. Z papierosem w ustach stałem na rogu, cały obandażowany. Czułem, że jestem twardziel, niebezpieczny facet. Wiedziałem to i owo o życiu. Sleeth popełnił samobójstwo. Ja tam nie miałem zamiaru się zabijać. Już prędzej kogoś bym zabił, najchętniej parę osób. Przynajmniej odszedłbym w towarzystwie. Pokazałbym ludziom, że lepiej ze mną nie szurać. Jakaś kobieta szła w moją stronę. Miała fajne nogi. Popatrzyłem jej prosto w oczy, a potem przyjrzałem się nogom. Kiedy mnie minęła, zacząłem się gapić na jej dupę, po prostu ją chłonąłem. Uczyłem się jej na pamięć, tej dupy i szwów w jedwabnych pończochach. Bez bandaży w życiu by mi taki numer nie przeszedł.
Możecie wyobrazić sobie świat w roku pańskim 2010? jasne, że wszystko zależy od tego, jaki użytek zrobi się z Bomby, ale przypuszczam, że mimo to ludzie nadal będą robić jajecznicę na śniadanie, mieć problemy z seksem, pisać wiersze. i popełniać samobójstwa.
Zauważyłem, że na obu krańcach drabiny społecznej – wśród bogaczy i zupełnych nędzarzy – szaleńcy często mogą się swobodnie poruszać. Zdawałem sobie sprawę, że brak mi którejś klepki. Od dzieciństwa wiedziałem, że jestem dziwny. Jakby sądzone mi było zostać mordercą, bandytą, świętym, gwałcicielem, mnichem, pustelnikiem. Potrzebowałem odosobnienia, kryjówki.




