Szczepan Twardoch

Cytaty

  1. Wiedziałeś już wtedy doskonale, Koniu, że tak nie będzie, że nie odzyskacie żadnych granic, nie będzie Krymu, nie będzie Doniecka, nie będzie Ługańska, mało tego, Pokrowska też może nie być i nic nie można na to poradzić, skoro wszędzie panuje (…) głód amunicji, którą żarłoczna arta konsumuje tak samo szybko, jak wojna konsumuje ludzi, wiecznie głodna, a ludzi już nie ma i zarówno ty, jak i Szabla, i Wareg, i każdy kto orientuje się jakkolwiek w tej wojnie, wie, że nie macie czym odbić milionowego miasta Donieck, nie macie czym odbić Krymu (chociaż być może da się go zablokować).

    s. 261

  2. Zaakceptowaliby ten pokój tacy ludzie jak Szczur, jak Leopard [zmobilizowani], jak ty nawet, Koniu, zaakceptują politycy, zaakceptują Zełenski z Jermakiem (…), i będzie to słuszne i mądre, ta akceptacja, bo mniej takich ludzi jak Szabla albo Jagoda zgnije w donbaskim albo zaporoskim czarnoziemie, lepiej oddać ten czarnoziem, aby żyli ludzie, i tak się przecież w końcu stanie (…). Ale Szabla i Jagoda, Szakal, Łemko, Wareg, Aryjec, Małpa [ochotnicy] takiego pokoju nie zaakceptowaliby, ponieważ takim pokojem zostaliby zdradzeni, o ile by go dożyli, a nie wszyscy go przecież dożyją i tym może lepiej będzie go nie dożyć. Pokój, w którym będą mogli żyć i kochać, zarabiać, starzeć się, wychowywać dzieci, dla nich będzie gorszy niż wieczna wojna, która tylko jedno ma zakończenie.

    s. 262

  3. Zostawił sobie pod nosem wąsik, podgolony od góry czarny pasek nad wargą. Uznał, że tak będzie lepiej.

    – Wąs? – zapytała Emilia, gdy siadł do śniadania.

    – Chuj z wąsem – mruknął pod nosem.

    s. 352

  4. Człowiek dlatego jest człowiekiem, że ciekawość wygrywa ze strachem.

    s. 90

  5. Być jest żałośnie, być jest śmiesznie, być jest niedobrze. Nie być – to wyrafinowanie.

    s. 89

  6. Oczywiście wszędzie zdarzali się tacy, którzy z tajemniczych porywów serca albo sumienia nagle decydowali się ratować nas, nieludzi, ale liczyć na to było czymś równie nierozsądnym, co liczyć na szczęście w rosyjskiej ruletce, kiedy zamiast jednej z nabojem i sześciu pustych komór jest dokładnie na odwrót.

    s. 311

  7. A teraz jeszcze jesteśmy nad Warszawą. Nad Nalewkami, Tłomackiem, nad Miłą, nad Gęsią i placem Karcelego, nad moim królestwem. Lockheed zawisa nad miastem, jakby stracił całą prędkość, jak dziecięcy model na nitce zawieszony nad biurkiem.

    Wyglądam przez okienko samolotu i widzę szary łeb kaszalota. Jego oczy płoną.

    Patrzy na mnie, otwiera zębatą paszczę i śpiewa swoją pieśń myśliwego.

    s. 429

  8. Między tymi genami a umownymi systemami niekiedy zachodzi przez pewien czas jakaś, wcale nie nazbyt ścisła korelacja (…). Nawet słowa, którymi ją nazwaliśmy: Żyd, Polak, Niemiec – wydawały się określać coś rzeczywistego. Żyd, kamień, woda, Polak. A przecież nie ma Polaków ani Żydów poza tą współdzieloną przez ludzi zgodą, by kogoś za Polaka albo Żyda uważać, poza tą ulotną, słabą statystycznie korelacją genów i zmiennej, nietrwałej wcale kultury. (…) Co mógł robotnik z warszawskiej fabryki mieć wspólnego z piastowskim kmieciem poza, być może, genami? Języka by nie zrozumiał, świat wyobraża sobie inaczej, wszystko widzi, ocenia i rozumie inaczej. Warszawskiemu robotnikowi bliżej do robotnika z Manchesteru albo Leningradu niż do piastowskiego kmiecia, o wiele bliżej, a jednak woli sam siebie ten robotnik wyobrażać sobie jako Polaka i wierzyć w tę fałszywą, łączącą go z przeszłymi pokoleniami Polaków nić.

    s. 214

  9. Miłość do owoców swych lędźwi jest miłością własną, siebie samych kochacie w waszych dzieciach, chociaż wydaje wam się, że to najszlachetniejsza z miłości, a to czysty egoizm.

    s. 408

  10. Co sprowadziło mnie do jej piczy, w której kiszą się soki tylu mężczyzn, dlaczego uciekłem do tego szamba od czystego łona mojej eugenicznej żony, od jej lędźwi czystych jak polski ołtarz, od jej łona przypominającego kwietną łąkę, od tej lęgni Polaków, która przyjmowała moje nasienie chętnie, aby wzrosnąć Polakiem, ale przecież mojego chuja przyjmowała z odrazą, bo czyż to przystoi, aby Polce ktoś chuja wkładał między nogi? Ciężką, ponurą koniecznością było dla niej moje ciało. Wolałaby, abyśmy ciał nie mieli. Ale dla Polski znieść mogła i to.

    s. 98

  11. Mój ojciec, Naum Bernsztajn, jego ciało podzielone jak kogut na kaparot. Głowa oddzielona od korpusu, ramiona oddzielone, nogi oddzielone. Kolor wykrwawionego mięsa na rozcięciach, jak mięso u rzeźnika. Krew mojego ojca wsiąkła w ziemię, krew Nauma Bernsztajna, który nie miał pieniędzy, by zapłacić Kaplicy, i nie chciał uciekać, nie umiał się bronić.

    s. 222

  12. – Zapewniam pana. Gdy na pana patrzę, mięknie moje twarde wcześniej przekonanie, iż Żydów należy zmusić do emigracji na Madagaskar. Natomiast twardnieje mi coś innego.

    Szapiro parsknął kawą.

    (…)

    – Och, to takie podniecające! Pan jesteś taki męski! Tutaj, dookoła – Bobiński zatoczył ręką krąg, jakby opasując nim wszystkich bywalców kawiarni – same minogi. Krągłouste. Bez kręgosłupa. Wymoczki. Obleńce. Pizdy damskie. A pan, panie Szapiro, ech, aż mi dech odbiera.

    Jakub uśmiechnął się, autentycznie zakłopotany.