– Nie bardzo mnie obchodzi świat i jego diabelskie sztuczki, ale czasami mnie irytuje – przyznała [panna… — Lucy Maud Montgomery
– Nie bardzo mnie obchodzi świat i jego diabelskie sztuczki, ale czasami mnie irytuje – przyznała [panna Kornelia]. – (...) Czy to tylko zdaje mi się, że tu pachną ciastka z czereśniami? Moje czereśnie przepadły przez tych łobuzów, synów Gilmana z Glen.
– No, no, Kornelio – zaprotestował kapitan, który w kącie pokoju czytał książkę – nie powinna pani tak się wyrażać o tych dwóch biednych, osieroconych przez matkę chłopcach, chyba że pani ma poważne dowody. Nie należy ich zaraz uważać za złodziejów jedynie dlatego, że ich ojciec nie uchodzi za zbyt uczciwego człowieka. Jest o wiele prawdopodobniejsze, że drozdy zjadły panine czereśnie. Ogromnie ich dużo tego lata.
– Drozdy! – lekceważąco wykrzyknęła panna Kornelia. – Tak, tak, dwunożne drozdy, wierz pan mnie!
– Tak, tak, w Czterech Wiatrach już tak się dzieje z drozdami, że jak chodzą, to na dwóch nogach – z powagą zauważył kapitan.
Panna Kornelia na moment wlepiła weń wzrok, potem zaś oparłszy się o krzesło, wybuchnęła długim, serdecznym śmiechem.
– Nareszcie mnie pan dostał, Jakubie Boyd – zawołała – i przyznaję się do tego! Aniu droga, niech pani patrzy, jaki on zadowolony, jak się błogo uśmiecha. A co się tyczy nóg, to jeżeli drozdy mają wielkie, długie, bose nogi i chodzą w poszarpanych spodniach, jak to miałam sposobność zaobserwować pewnego dnia w zeszłym tygodniu, o wschodzie słońca, na jednym drzewie czereśniowym, to poproszę Gilmanowych chłopaków o przebaczenie. Tymczasem, nim zdołałam dojść do drzewa, już ich nie było, nie mogłam zrozumieć, jak to się stało, ale teraz kapitan sprawę wyjaśnił – po prostu odleciały.
s. 176Źródło: Wikicytaty · CC BY-SA 4.0
Więcej z tej książki
– Ja mam nadzieję (...) że nikt nie zechce mnie nazwać "siostrą, która nas opuściła". Raz powiedziałam dobitnie moje zdanie na temat "braci i sióstr" pewnemu wędrownemu pastorowi, który przed pięciu laty miewał kazania w Glen. (...) Każdego nazywał bratem i siostrą. Miał doprawdy ogromną ilość krewnych. Pewnego wieczoru ni stąd, ni zowąd schwycił mnie za rękę i błagalnym tonem zapytał: "Droga siostro Bryant, czy pani jest chrześcijanką?". Zmierzyłam go od stóp do głów, a potem odpowiedziałam spokojnie: "Jedyny brat, jakiego miałam, panie Fiske, został pochowany piętnaście lat temu, a od tego czasu nie adoptowałam nikogo na jego miejsce. A co do tego, czy jestem chrześcijanką, to powiem, że byłam nią już wówczas, kiedy pan jeszcze na czworakach po ziemi się czołgał".
s. 216
Natura ludzka nie ma obowiązku być konsekwentną.
Czy pani już zauważyła, jak dużo niezwykle dobrych ludzi umiera? Aż żal bierze. Dziś jest dziesięć ogłoszeń, a tylko sami święci, nawet mężczyźni. Na przykład Piotr Stimson, który "pozostawił liczne rzesze przyjaciół, opłakujących jego zgon". Boże, Aniu, ten człowiek miał osiemdziesiąt lat, a każdy, kto go znał, życzył mu już trzydzieści lat temu, aby umarł.
s. 215

