Mężczyzna zdjął kapelusz i lekko skinął głową. Miał miły uśmiech i równiutkie, zbyt białe, by były prawdziwe, zęby.
– Czeka pani na cud, madame?
Agata potarła zmarznięte dłonie. Gdzieś schowała rękawiczki i, jak zwykle, nie pamiętała gdzie. Odparła w szkolnej niemczyźnie, bo nie był to język jej życia:
– Myślałam, że się pokaże. Ta święta góra Szwajcarów.
– Błąd, madame! Naszą narodową świętością są wyłącznie banki. Im głębsze mają podziemne sejfy, tym lepiej. A tak między nami mówiąc, Matterhorn nie jest tu górą najwyższą. Gdyby była lepsza widoczność, zobaczyłaby pani szczyt Monte Rosa.