Przez korony drzew przedostał się promień słońca, a wtedy zobaczyła na trawie swój cień; przypominał… — Aprilynne Pike
Przez korony drzew przedostał się promień słońca, a wtedy zobaczyła na trawie swój cień; przypominał ogromnego motyla z przezroczystymi skrzydłami. Podobnie jak cienie rzucane przez baloniki, i ten miał w sobie odcień błękitu. Laurel próbowała poruszać skrzydłami, ale chociaż ja czuła – każdy centymetr płatków, teraz skąpanych w słońcu – nie miała nad nimi żadnej władzy. To niemożliwe, żeby coś, co zniszczyło jej życie, mogło być tak piękne.
Źródło: Wikicytaty · CC BY-SA 4.0
Więcej z tej książki
Laurel podniosła wzrok i spojrzała prosto w intensywnie zielone oczy, oczy o kolorze tak żywym, że aż nierealnym. Leżała na ziemi, a nad nią pochylała się twarz młodego mężczyzny, który chwilę później wyciągnął rękę.
Oparła gitarę o drzewo i zaczęła rozplątywać supeł szala, którym sobie obwiązała nadgarstek. Wolała ukryć płatki, zanim zobaczą je rodzice. Jednak długi szal nie chciał się rozplątać; Laurel usłyszała po chwili kolejny szelest, głośniejszy niż pierwszy. Szybko spojrzała w miejsce, z którego dochodził: z tyłu, po lewej stronie.
Tak jak powiedział Dawid, szczerość Chelsea była rozbrajająca i zabawna. Cokolwiek przyszło dziewczynie do głowy, od razu przeradzało się w słowa. Pojawiły się pewne niezręczne momenty, na przykład kiedy Chelsea zakpiła z tego, że Laurel uczyła się tyle lat w domu, albo gdy zauważyła, że dżinsowe spodenki i top mają tyle wspólnego ze szkolnym ubiorem co strój kąpielowy. Ale powiedziała też Dawidowi, że powinien używać żelu do włosów, i poinformowała chłopaka o imieniu Maks, że jeśli nie będzie pożyczać od niej notatek z angielskiego, to zawali semestr, więc Laurel nie czuła, że Chelsea uwzięła się właśnie na nią.

