Mamy niewątpliwy dowód na to, jak zdrowe jest powietrze okolic Lyme. Widocznie jednak nie dla wszystkich bez… — John Fowles

Mamy niewątpliwy dowód na to, jak zdrowe jest powietrze okolic Lyme. Widocznie jednak nie dla wszystkich bez wyjątku jest zdrowe, gdyż pani Poulteney umarła w dwa miesiące po ostatnim powrocie Karola do Lyme. Tu, stwierdzam z radością, mogę się zdobyć na dostateczną dozę zainteresowania, aby zajrzeć w przyszłość, czyli w jej życie pozagrobowe. Ubrana stosownie na czarno, przybyła swoim powozikiem przed Bramę Raju. Jej lokaj – oczywiście bowiem, jak w starożytnym Egipcie, wszyscy jej domownicy umarli z nią razem – wysiadł i uroczyście otworzył drzwiczki pojazdu. Pani Poulteney weszła po stopniach i odnotowawszy sobie w pamięci, iż musi poinformować Stwórcę (kiedy pozna Go bliżej), że jego służba powinna żwawiej witać godniejszych gości, pociągnęła rączkę dzwonka. Wreszcie ukazał się kamerdyner.

– Słucham panią?

– Jestem pani Poulteney. Przybywam, aby tu zamieszkać. Proszę powiadomić swego Pana.

– Jego Nieskończoność jest już powiadomiony o pani zejściu, łaskawa pani. Aniołowie jego odśpiewali już psalm radosny z okazji tego wydarzenia.

– To bardzo ładnie i właściwie z Jego strony – Tu czcigodna matrona, krygując się i pusząc, chciała już wkroczyć do imponującej białej sieni, ale kamerdyner nie ruszył się z miejsca. Zamiast tego zabrzęczał impertynencko kluczami, które trzymał w ręce.

– Mój człowieku! Z drogi! To ja, pani Poulteney z Lyme Regis.

– Niegdyś z Lyme Regis, łaskawa pani. Obecnie z okolic znacznie gorętszych.

Z tymi słowami bezczelny sługus zatrzasnął jej drzwi przed nosem. Pani Poulteney przede wszystkim obejrzała się szybko, w obawie, że jej służba mogła usłyszeć, co tu powiedziano. Ale powóz, który jak sądziła, odjechał nieco dalej i zatrzymał się przed pomieszczeniami dla oficjalistów, w tajemniczy sposób zniknął. Ściśle biorąc, wszystko znikło. Nie pozostało nic prócz pustki – i to, rzecz potworna, pustki, która wciąż rosła. Stopnie po których pani Poulteney weszła tak królewskim krokiem, zaczęły również znikać jeden po drugim. Pozostały tylko trzy, potem dwa, potem jeden. Pani Poulteney straciła oparcie pod nogami. Usłyszano wyraźnie, jak powiedziała: „to wszystko sprawka lady Cotton.”, a potem niczym postrzelona wrona, wirując i koziołkując, spadła na dół, gdzie czekał już jej prawdziwy władca.

Źródło: Wikicytaty · CC BY-SA 4.0